czwartek, 24 września 2015

Długa, nie gniecąca się i z czymś na brzuchu

  Wreszcie fundnęłam sobie wymarzony urlop, tzn. tak mi się wydawało że to urlop, ale mój zdegenerowany organizm stwierdził, że nie będę tak bez sensu w domu siedzieć i z kolei on zafundował mi katar oraz zapalenie gardła. Tak więc nie nudzę się, bo biegam sobie a to po syropek a to po kolejną rolkę papieru toaletowego (chusteczki higieniczne mi się nie opłacają) lub po następną butelkę wody. Chorowanie ma jednak swoje plusy, bo w ramach odciągania uwagi od obtartego nosa i wrażenia połykania żyletek postanowiłam wreszcie pokazać, że jednak coś w tej mojej pracowni szyję. Mogę więc śmiało powiedzieć, że ten wpis ma charakter czysto leczniczy, przynajmniej jeśli chodzi o moją osobę, bo jeśli któraś z Was pochoruje się z zazdrości, że nie ma takiej sukienki to ja od razu zaznaczam, że nie biorę za to żadnej odpowiedzialności i po przyjacielsku radzę by w ramach kuracji po prostu taką sobie uszyć.


A historia tej sukienki wygląda tak.
Mam taką jedną fajną ciocię. Ta fajna ciocia ma fajnego syna (tzn. ma dwóch fajnych synów, ale dziś rzecz dotyczy pośrednio jednego z nich). No i ten fajny syn fajnej cioci postanowił pojąć za żonę jeszcze fajniejszą kobitkę. I tu do akcji wkraczam ja, bo nie dość że dostałam zaproszenie na tę imprezę to jeszcze spotkał mnie zaszczyt ubrania mamy Pana Młodego, czyli fajnej cioci. I może nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że przy zdejmowaniu miary zostałam mimochodem poinformowana iż jest to dokładnie trzecia sukienka w życiu tej właśnie cioci - pierwszą była sukienka do komunii, druga na jej własny ślub i właśnie trzecia na ślub synusia. Ręce mi opadły, centymetr poleciał na podłogę, szpilek do dziś nie mogę znaleźć. Na szczęście ciocia bardziej wierzy we mnie niż ja w samą siebie i dzięki temu udało mi się sprostać zadaniu i znaleźć sukienkę, która spełniła wszystkie jej oczekiwania - nie gniecąca (bo wiesz, jak wyjdę z samochodu to nie będę przecież latać z żelazkiem i szukać kontaktu) , długa ("bo nogi mam chude") i z czymś co by zakryło brzuch ("żeby nie było widać ile zjadłam"). Aaa i najważniejsze - kolor musi być morski. I w tej kwestii musicie mi uwierzyć na słowo, bo o ile widać, że długa, że ma coś na brzuchu to na pewno nie widać że jest w kolorze morskim. Zdjęć nie umiem robić i już chyba tej wiedzy nie posiądę. Cóż "nobody's perfect".


Model z Burdy 12/2012 nr 113 i muszę Wam powiedzieć, że szyło mi się super. Owszem ten plątaniec  na brzuchu wymaga trochę uwagi i zaciśnięcia zębów, ale oprócz tego sukienka nie stwarza żadnych problemów. Co ciekawe, jest to model dla osób wysokich, czyli w/g Burdy o wzroście powyżej 178 cm (chyba?) a co tu kryć ciocia jest jak najbardziej "normalna" i  ma zwykłe 165 cm i nic, a nic nie przerabiałam. Jedyna moja ingerencja to skrócenie rękawów i zwężenie pleców, bo jak zwykle można tam było upchać dodatkową parę anielskich skrzydeł. Sukienkę szyłam z żorżety Marchiano, którą kupiłam tu i piszę to nie dlatego, że mi ktoś zapłacił, ale dlatego, że materiał jest super. Zawsze na słowo "żorżeta" dostawałam gęsiej skórki i piany z pyska, ale ta jest świetna - mięsista, tworzy piękne fałdy i dobrze współpracuje przy szyciu. Kupiłam u  nich jeszcze kilka innych materiałów, ale to już w następnych postach uchylę rąbka tajemnicy.

Wesele odbyło się w zeszłą sobotę i muszę powiedzieć, że w życiu nie czułam się tak doceniona jak właśnie w sobotę. Oczywiście dzięki cioci i ilości komplementów, które zbierała za swój wygląd (na który oczywiście składała się także fryzura i makijaż - wszystko pełna profeska). To naprawdę super uczucie, gdy widzisz jak coś, w co wkładasz serce i zaangażowanie przynosi tyle radości i zadowolenia, że aż chce się SZYĆ!

Ja też nie byłabym sobą gdybym na to wesele nie poszła we własnoręcznie uszytej kreacji, ale ponieważ to mój mąż robił zdjęcia dokumentujące tę doniosłą chwilę, więc interesowało go wszystko dookoła oprócz własnej żony, także zdjęcia żadnego nie mam. Na szczęście wpadłam w oko Panu Fotografowi zatrudnionemu za ciężkie pieniądze i parę razy uwiecznił mnie pląsającą wśród tłumów na parkiecie, więc jak tylko dorwę się do tych fotek to i machnę parę słówek na blogu na temat mej kreacji.

A tymczasem biegnę po kolejną dawkę syropu, scorbolamidu i innych ogólnodostępnych substancji chemicznych

P.S.
Wszystkie osoby uczulone na słowo "fajny" bardzo serdecznie przepraszam za ewentualne straty moralne powstałe wskutek czytania tego wpisu, ale żadne inne słowo nie pasuje do cioci.

P.S. II
Przepraszam także za skąpą ilość zdjęć, ale sukienka została dosłownie zdarta z Truposzki i tylko tyle zdążyłam zrobić.