niedziela, 27 lipca 2014

Candy, candy, candy!!!

No właśnie, mam dla Was taką oto niespodziankę. A wszystko przez to, że prawie dokładnie 2 lata temu, a jeszcze dokładniej to 30 lipca 2012 roku ukazały się moje dwa pierwsze wpisy na blogu - tu i tu możecie je przeczytać.
 O mamusiu, że się tak wyrażę, ile ja nerwów straciłam na rozgryzaniu tego bloggera, książkę by napisał. Do czytania to by się pewnie nie nadawała, bo tyle by było w niej podwórkowej łaciny, że Miodek by chyba zwątpił, ale ku przestrodze czego nie robić jak się ma zamiar długo i szczęśliwie blogować warto by było ją odczytywać na jakichś zamkniętych prelekcjach. 
  Pomijając jednak te wszystkie męki tworzenia to muszę powiedzieć, że prowadzenie bloga, a przede wszystkim Wasze zainteresowanie nim dosłownie zmieniło moje życie. Wiem, wiem brzmi to straaaaasznie patetycznie, ale tak właśnie jest. Bo gdyby nie blog, to nie byłoby teraz mojej pracowni, z której jestem taaaaaaka dumna. Nie byłoby sklepu internetowego, którego dziś chcę przedstawić za to mnie byłoby więcej, bo nic tak nie poprawia bezrobotnej humoru jak słoik nutelli. Także dziękuję Wam za moją firmę, mój sklep i moją prawie  nienaganna figurę :)))
  A w ramach wdzięczności zapraszam do zabawy. Zasady znane (choć nie wiem czy przez wszystkich lubiane). Otóż należy


1. Zostawić komentarz pod tym postem wyrażający chęć udziału
2. Udostępnić podlinkowany baner z moim candy na swoim blogu.
3. Osoby nie posiadające bloga zostawiają komentarz pod tym postem a na swojej fejsbukowej tablicy udostępniają linka do mojego CANDY.



Jeśli macie chęć możecie polubić stronę mojej Pracowni na FB, ale nie jest to warunek by wziąć udział w zabawie.

Aaaaa i najważniejsze - nagroda! I tu tez niespodzianka, bo choć nagroda jest jedna to możecie wybrać w jakiej postaci chcecie ją "zrealizować".

Wersja nr 1
 Dwie poszewki, które widnieją na zdjęciu - poszalałam przy nich, bo i aplikacje i haft i naszyte kokardki :))

 lub

Wersja nr 2
 Dwie patchworkowe poszewki na poduszki, wybrane z tych umieszczonych na stronach mojego sklepu internetowego Uszyte.pl (kryptoreklama nr 2 :) )

 lub

Wersja nr 3
Dwie poszewki na poduszki, które uszyję specjalnie dla zwyciężczyni w/g jej pomysłu i ulubionych kolorów.

Częstujcie się!!!

czwartek, 3 lipca 2014

Podobno jestem na czasie...

...bo właśnie dziś usłyszałam w radio, że paski oraz długie spódnice są w tym sezonie prawdziwym "must have". Długą spódnicę z koła czy cuś ala "dziecię kwiatów" na wszelki wypadek od razu wykreśliłam ze swojego planu szyciowego, bo choć pochodzę prawie ze wsi i prawie na wsi mieszkam to niekoniecznie chcę wyglądać jak mazowiecka kopka siana. Za to paski jakoś nie wzbudzały we mnie żadnych podejrzeń, a że oczywiście nie mogłam sobie odmówić nabycia kolejnych szmat do kolekcji, to nabyłam także i szmatę w paski i jakieś takie inne wytwory szalonego grafika.
     W sumie to ja powinnam się leczyć, bo jak zaczęłam przenosić swoje szafiane zapasy do nowo otwartej pracowni to okazało się, że jedyne czego w tej szafie nie mam to porządek. Poza tym mam wszystko. I wełnę na płaszcz i jakieś nie wiadomo co na sweterek, do tego tiul (co mnie podkusiło, żeby go kupić, przecież nie uszyje sobie tutu), sztuczne na spódnicę, sztuczne na spodnie, nie sztuczne na bluzkę, sruskę i pewnie jakby mi się zachciało uszyć majtki ze srebrnej lamy to tez pewnie byłoby z czego. No ale w paski nic nie miałam, więc jestem rozgrzeszona i nie dam sobie wmówić, że nie panuję nad odruchami (oprócz pasków kupiłam jeszcze dzianinę w takie coś co nie umiem powiedzieć w co i jeszcze jedną dzianinę w jakiś taki indiański wzór, jednym słowem wszystko we wzory, bo nie lubię gładkich powierzchni).


   No, ale wracając do pasków, to chyba też jakoś tak beztrosko do nich podeszłam. No bo niby wytopiłam trochę sadła nad stołem do prasowania, nie dojadałam z racji wielkiego zaangażowania w karierę zawodową jak i oszczędzałam na Zus-a Wielkiego, ale ciut mnie chyba poniosło.
   W sumie jak się w niej widzę "na żywo" czyli w lusterku to jestem bardzo happy, bo się sobie podobam (Szanowny również zadowolony), ale jak już mi ten Szanowny machnął sweet focie to jakoś tak niekoniecznie . Ha, nawet wiem kogo to wina - moja, bo jakbym wzięła pół metra więcej to inaczej rozmieściłabym te paski na mym powiedzmy zgrabnym ciele, a tak wyszedł mi taki trochę baleronik (baleronik lubię bardziej niż pomidory i chyba pora to zmienić).


  Dekolt fajny :)


 Paski też się zeszły


Ale plecy to już porażka. Zawsze mam to samo - wielka zakłada w tali (czy co ja tam mam w tym miejscu). Mam je jakieś przykrótkie (za to z przodu hulaj dusza) i wszystkie wykroje muszę poprawiać. Żeby było ciekawiej, to po bokach jest okey. No i tym razem tak mi się spieszyło, żeby wreszcie coś sobie uszyć, że tą poprawkę najzwyczajniej sobie darowałam, a bo szyję z dzianiny, więc pewnie się naciągnie czy coś. Nie naciągnęło się ani nie wdało tylko wisi. A niech wisi, ja poprawek wręcz organicznie nie cierpię.

(To jest przód, tak na wszelki wypadek to piszę, bo u mnie to czasami nie widać różnicy)

Model burdowy, chciałam nawet napisać który ale wszystkie numery mam w pracowni, więc się nie dowiecie. Swoją drogą to najprostszy model na świecie, bez zaszewek i innych fajerwerków, ot po prostu taliowany worek z rękawami.

Zostawiam Was z tym baleronikiem, ale nie odchodźcie daleko, bo mam pewną niespodziankę. Otóż jak się okazało zamęczam Was moimi postami już dwa lata. Raz częściej, raz rzadziej ale zawsze z przyjemnością (za szkody na zdrowiu psychicznym czytelników nie biorę żadnej odpowiedzialności). Nawet sama nie przypuszczałam, że prowadzenie bloga i Wasza sympatia aż tak bardzo zmieni moje  życie. I wcale nie przesadzam. Ale dziś już nic więcej nie powiem, poczekajcie cierpliwie a już niedługo dam wyraz mojej wdzięczności.

 Tymczasem bieżę chyżo do lodówki, bo może skuszę się wreszcie na tego pomidora...brrrr.....