czwartek, 20 lutego 2014

Świat z łat

Ostatnie cztery dni to droga przez mękę, którą to mękę sama sobie zgotowałam.
Pogoda za oknem nie bardzo może się zdecydować czy opuścić już zimę i łaskawym okiem spojrzeć na wiosnę, czy może jednak powiać jeszcze trochę arktycznym powietrzem, dlatego też i ja na równi z pogodą nie mogę się zdecydować czy machnąć jeszcze jakieś zimowe wdzianka, czy może zacząć już produkcję wiosenno-letniej garderoby. A ponieważ nie chce mi się tej kwestii jakoś dogłębnie zgłębiać (masło maślane) wynalazłam sobie inne, pasjonujące zajęcie. Uszyłam pierwszy w życiu (nie licząc tej makatki) patchwork. Pierwszy prawdziwy, na ocieplinie, przepikowany.


I to w zasadzie tyle dobrego co mogę o nim powiedzieć. Od razu zaznaczam, że nie posiadam żadnych czarodziejskich urządzeń służących polepszeniu doli szyjącej patchwork, czyli nie mam maty samogojącej z nadrukowanymi krateczkami co 5 cm i jeszcze skośnymi liniami pod kątem 45 st. Nie mam nożyka obrotowego, który tnie kilka warstw materiału na raz bez mrugnięcia oczkiem. Nie mam flizeliny dwustronnie klejącej, która pozwala naklejać na siebie te wszystkie malutkie łatki i łateczki. Nie mam markera znikającego, którym można sobie narysować proste linie pomocne przy pikowaniu. No nie mam z tego nic, co podobno każda początkująca miłośniczka szycia z łatek ma. Ale mam za to za mało rozumu, żeby to wszystko miało mnie zniechęcić :)


 Pomysłu, co to niby miałabym uszyć i do czego miałoby to służyć tez nie miałam, więc poszłam na żywioł w dosłownym tego słowa znaczeniu. Jedno, co wiedziałam, to to, że bardzo podoba mi się wzór tzw. "trick card", czyli to co widzicie na zdjęciu powyżej.Reszta to czysta improwizacja


Tak więc niepomna tego co mnie czeka wzięłam się żwawo za wycinanie - ręczne - 24 kwadracików 13,2cm/13,2cm, 24 kwadracików 12,2cm/12,2cm i 4 kwadratów 30,5cm/30,5cm . Następnie za zszywanie ze sobą tych kwadracików w różnych konfiguracjach tak by powstały z nich różnobarwne trójkąciki. Potem te trójkąciki zszywałam znowu w kwadraciki, po to by znowu te kwadraciki połączyć w pasy, pasy w bloki a bloki w kształt docelowy (to jest skrót dwóch pierwszych dni, w międzyczasie obsługiwałam jeszcze inne sprzęty domowe typu kuchenka, pralka, mąż). W drugim międzyczasie biegałam od maszyny do żelazka, by każdy szew rozprasować co mnie niesamowicie denerwowało, bo tych szwów była jakaś nieskończona ilość.


Po dwóch dniach miałam zszyty wierzch i cały wór ociepliny, który mi uprzejmie dowiózł kurier (to znaczy on uprzejmie dowiózł do głównej drogi a ja go potem targałam  przez las jakieś 200 metrów, bo pan nie mógł trafić). Trzeciego dnia zapragnęłam połączyć wierzch ze spodem (w tej roli zwykłe bawełniane płótno) i wypchać to rzeczoną ociepliną, fachowo zwana owatą.


Przy zszywaniu tego wszystkiego do kupy, wycinanie kwadratów i ich zszywanie wydaje się teraz dla mnie dziecinną igraszką. No bo jak wytłumaczyć staremu Łucznikowi, że koniecznie trzeba mu to wszystko wepchnąć pod stopkę, która podnosi się na wysokość ledwo starczającą na połowę wysokości wpychanej rzeczy. Jak przekonać go, by to wszystko połączył jako takim ściegiem, nie plątał nitek, nie zrywał ich i nie łamał igieł. I jak u licha zamontować taki jakiś wihajster, który służy do równego odmierzania odległości między pikowanymi liniami.


Ale jak się baba uprze to i lekarz nie pomoże, więc się to wszystko udało. Zszyłam, przepikowałam, rozłożyłam na podłodze i złapałam się za głowę. W życiu tyle "baboli" nie narobiłam. Kąty się nie schodzą, pikowanie krzywe pomimo tego ustrojstwa do odmierzania, niektóre kwadraty jakby jakieś kopnięte, choć o dziwo wyszedł mi całkiem równy kwadrat 90cm/90cm.Wszystkie niedoróbki biją mnie po oczach aż się boję, że oślepnę.


Z drugiej zaś strony może nie jestem obiektywna, bo po pierwsze nie widziałam na własne, żywe oczy żadnego patchworku szytego domowym sposobem, jeśli już mi się coś takiego rzuciło na oczęta to była to robota przemysłowa a tam pikują specjalne maszyny. A po drugie, moja przyjaciółka, która z nudów wpadła do mnie na kawę powiedziała, że się czepiam i nikt tego nie ogląda z odległości 10 cm tylko z większej, i jak się człowiek odsunie na metr to nic nie widać. Więc może nie jest tak źle jak się mi wydaje i będę udawać, że stworzyłam arcydzieło.


Co ciekawe wcale mnie to doświadczenie nie odstraszyło od dalszego szycia "potworków". Wręcz przeciwnie coś bym jeszcze zmajstrowała w tym stylu, ale teraz to już się zastanowię do czego to ma służyć, bo szycie dla samego trajkotu maszyny jakoś mi się nie komponuje.

Porzucając temat upierdliwego szycia patchworku chcę Was zaprosić na wydarzenie, które już na stałe wpisało się w blogosferę i któremu uległam i ja. Otóż w dwie pierwsze soboty marca w dwu warszawskich sklepach Ikei odbywać się będzie wspólne szycie jaśków dla szpitali dziecięcych. Ikea zapewnia maszyny (choć jeśli któraś miałaby ochotę przynieść swoją to nikt nie będzie oponował) i mnóstwo materiałów. Udział może wziąć każda, nawet nie szyjąca osoba, dla nich także znajdzie się zajęcie, choćby i cięcie materiałów. Poza tym im więcej tym weselej. Nie trzeba się nawet zapisywać, wystarczy przyjść 1 marca do Ikei w Raszynie, lub 8 marca do Ikei na Targówku i przynieść ze sobą dobry humor, resztę załatwia organizator. Ja będę 8 marca na Targówku i baaaardzo bym chciała spotkać się z Wami , bo ja taka staroświecka jestem i lubię się tak po babsku nagadać w realu. Zamieszczam baner, który możecie powiesić na swoich blogach jeśli macie ochotę a jak kliknięcie w obrazek zamieszczony na moim bocznym pasku, to przeniesiecie się w czarodziejski sposób na stronę wydarzenia



poniedziałek, 10 lutego 2014

Spotkanie wcale nie takich anonimowych szmatoholiczek

Na fali ogromnego zainteresowania domowym szyciem, jak grzyby po deszczu powstają różniste grupy zrzeszające wszystkie uzależnione od maszyn do szycia, wszelakiego kalibru szmatoholiczki czy pozostałe osobniki dotknięte jakimiś fobiami rękodzielniczymi. Okazało się, że i ja się kwalifikuję by zostać czynnym członkiem takiego nieformalnego stowarzyszenia, co zostało skwapliwie przeze mnie wykorzystane. I tak od jakiegoś już czasu należę do fejsbukowej społeczności pod wiele mówiącą nazwą "Grupa Warszawa Szyje", która ma także własnego bloga. Na chwilę obecną mamy już około 850 członków (raczej członkiń, bo to chyba same babki są) i co dzień przybywa kolejnych  chorych i uzależnionych (zaraza rozprzestrzenia się w tempie grypy hiszpanki i niedługo dotrze do każdej mieściny w Polsce). Wreszcie można sobie pogadać o stębnowaniach, odszyciach, fastrygach, ciągnących się w kroku  spodniach i źle zrobionej zaszewce i nikt się nie puka w czoło w geście totalnego nierozumienia tematu.
A że internet to dla nas za mało szybko przeniosłyśmy się do realu i tak wczoraj odbyło się pierwsze spotkanie, na które przytachalyśmy wszelkie zalegające w domu przydasie, by wymienić je na inne zalegające cudze szafy i pudełka duperełki.
 Co tam się działo, to nie sposób opisać słowami. Niesamowite jak widok kolorowych szmatek, suwaków, tasiemek, koralików może doprowadzić do takiego amoku, że się zapomina o mężach, zostawionych w domu głodnych dzieciach i nie zapłaconej racie kredytu. Ja chyba zamilknę i po prostu pokaże Wam zdjęcia (zdjęcia robiła pewna Kasia, ale mam jej zgodę oraz zgodę innych uwiecznionych na ich publikację).

Mina mówi sama za siebie - bawimy się ogniem, a zabawa ma na celu udowodnić, że palony materiał na pewno nie jest naturalny
No i z tego właśnie powodu porzuciłyśmy nasze rodziny na tych parę wesołych godzin
Amok obejmował coraz większe grono zebranych
Już nawet nie czekałyśmy na wypakowywanie toreb, grzebałyśmy bezpośrednio w
A to najładniejsze "stoisko" , gustownie ułożone tkaniny w wiklinowej skrzynce i z precyzja przycięte etykiety
Jak zwykle podłoga jest najbardziej odpowiednim miejscem do cięcia tkanin.
W żółtej bluzce nasza gospodyni, która chyba denerwowała się za dwoje, choć zupełnie niepotrzebnie, bo atmosfera jak u cioci na imieninach :)
Niektóre z nas z wielkim wysiłkiem broniły sie przed nabyciem kolejnego kawałka tkaniny (mina Uli bezcenna), ale i tak nadaremnie.
Zdjęcie to w najbardziej wiarygodny sposób przedstawia to co się działo - jedno wielkie grzebanie :)
Inne wręcz przeciwnie - schowane w kątku przed wzrokiem postronnych obserwatorek wybierały co najlepsze kąski
I zmęczone szperaniem podziwiamy zdjęcia Wiedźmy Domowej a dokładniej jej pracownie ulokowaną w sypialni. Gdzie diabeł nie może tam babę pośle a ona i na 45 m kw. da radę zorganizować miejsce do szycia, prasowania, składowania i innego -ania.
Było super - swojsko, wesoło, bezstresowo (nie licząc drżenia rąk i migotania przedsionków przy wybieraniu kolejnych łupów). Dzięki Karolinie, wolontariuszce fundacji "Nebo" mieliśmy gdzie się podziać, bo udało się przekonać fundację, że nie rozniesiemy im lokalu a wręcz przeciwnie nawet im coś przyniesiemy w ramach podzięki. A wpisowym była jakaś rzecz własnoręcznie uszyta czy zrobiona, którą fundacja spienięży na aukcji i będzie miała na bieżące wydatki. Ugadane już jesteśmy na kolejne spotkanie, bo przecież mania szycia i kupowanie raczej nam tak od ręki nie przejdzie. Leczenie jest długotrwałe i mało przyjemne, więc lepiej wytrwać w tej chorobie.
I żeby nie było, że nic nie uszyłam. Bluzka na zdjęciach jeszcze ciepła, kończona w sobotę, nawet sobie jeszcze obrywałam jakąś nitkę jak dziewczyny nie widziały. Model 127  z Burdy 7/2013, o dziwo bez przeróbek.
A i jeszcze - ja też coś dałam radę wyrwać. Dwa wełniane materiały i kwiecista żorżetę, ale o tym to już następnym razem, bo muszę trochę ochłonąć z wrażeń i zająć się jakimś przyziemnym prowadzeniem domu...brrr...

sobota, 1 lutego 2014

Kobieca natura

Nie jeden myśliciel zjadł na tym zagadnieniu zęby. A i niejedna kobieta, która w przerwie między obieraniem ziemniaków a okładami z herbaty na opuchnięte powieki zadumała się nad złożonością swojej psychiki, skwitowała ten temat machnięciem spracowanej dłoni i przeciągłym westchnięciem ....eeeeh!

No bo jak tu wytłumaczyć postronnemu widzowi, że szyje się ciucha, którego w zasadzie się nie nosi, bo nie wpisuje się w ogólną stylizację szyjącej, bo nie ma go do czego nosić, a w ogóle to i tak ona  źle wygląda w tego typu garderobie. No, wytłumaczyć się nie da. Sama szyjąca zresztą nie wie, czemu to coś powstało. Można to próbować podciągnąć pod dość ogólne pojęcie recyklingu, gdyż rzecz została uszyta z materiału pamiętającego Edwarda Gierka (sama szyjąca tez niestety jeszcze dość dobrze go pamięta jak i jego szanowną małżonkę Stanisławę), no bo szkoda było materiał wyrzucić. Tkanina zresztą darowana mi przez moją, jak na razie najfajniejszą teściową wraz z innymi tkaninami, na które jeszcze nie mam przeznaczenia.Teoria dość mętna , ale dla spokojności sumienia przyjmijmy ją za chwilowo obowiązującą. A ta rzecz, która narobiła tyle zamieszania w życiu wewnętrznym szyjącej to bluzka koszulowa.

Szczerze mówiąc nie noszę żadnym koszul, bluzek koszulowych czy innych podobnych giezeł. Źle się w nich czuję, bo mam wrażenie, że mi wszystko w nich odstaje. Widać same cycki i okrągły bebech. Poza tym nie umiem się do nich ubrać, bo albo wyglądam jak sekretarka firmy segregującej odpady, albo dzidzia piernik w wersji hard ledwo widoczna spod falbanek i koronek. Problem pewnie w tym, że nie trafiłam na odpowiedni fason, albo po prostu stworzona jestem do dzianiny i jerseyu i tyle.

 Żeby było śmieszniej to szyło mi się ją rewelacyjnie. Model 112 z Burdy 9/2012 (choć kołnierzyk z sukienki nr 113, bo taki zwykły koszulowy mi się nie podobał) ale jakby w ogóle z niej nie pochodził. Wszystko mi pasowało, zero przeróbek konstrukcyjnych, bo zwężania w biodrach nie biorę pod uwagę, gdyż, ponieważ, bo, ja zawsze to robię, z racji minimalnej różnicy biodra-talia. Mam za to nadprogramowo w brzuchu, ale o dziwo to się wszystko mi w tej koszuli zmieściło. Materiał gierkowski równie uroczy, jakaś bawełna w róże i takie coś na podobieństwo pasków - sam się pod maszynę kładł i krzyczał uszyj mnie, uszyj! No to uszyłam :)

I jak ja mam nie wyglądać ja pensjonarka, skoro sama sobie wybrałam pensjonarski kołnierzyk


i cacane marszczenia przy karczku
 


i szczypanki przy mankietach
 










No śliczna po prostu :)


I teraz już słyszę te jęki - łeeee, na pancernej Heli to pokazuje! Ano na Helci, bo po pierwsze primo - nie mam zielonego pojęcia do czego to założyć. Wiem, wiem zaraz powiecie że do dżinsów czy spódnicy ołówkowej. Problem taki, że spódnicy ołówkowej - fajnej - nie posiadam. Fajnej czyli nie sekretarskiej ,bo taką mam - czarną. Spódnicy a la dzidzia piernik na szczęście nie posiadam, co akurat nawet mnie nie pociesza. Z kolei wersja z dżinsami jakoś mi tak pachnie czasami mojego liceum (wtedy namiętnie biegałam we flanelowych koszulach w kratę i robiłam za wielce uduchowioną) a za tymi czasami mało tęsknię, bo byłam młoda i głupia :) A po drugie primo to mi wyskoczyły na gębie takie diody LED, że już sama na siebie nie mogę patrzeć i tym bardziej chcę zaoszczędzić tego widoku Wam. No i przepraszam za brak guzików. Kupić je kupiłam - białe, lekko perłowe na nóżce. O dziwo, w rodzimej pasmanterii. Leżą sobie grzecznie w pewnym pudełeczku i czekają na moje zmiłowanie a raczej na wenę do wyciągnięcia maszyny i zrobienia tych 10 sztuk dziurek.

A wenę to ja mam ale do jedzenia. No klękajcie narody, czego ja wczoraj nie zjadłam. Nie było w domu kąta do którego bym nie zajrzała w poszukiwaniu czegoś jadalnego lub nie. Śledź a po nim nutella to mały pikuś przy moich wczorajszych ekscesach kulinarnych. Najgorsze, że tej czarnej dziury w moim środku nie dałam rady niczym zasypać no i poszłam spać głodna i zła. Teraz już chyba wiem skąd te diody na licu. Jakby mnie ktoś faszerował całą tablicą Mendelejewa to też bym nie wytrzymała. Jednym słowem niech już przestanie wiać, sypać i mrozić, bo jeszcze tydzień takiej diety i zostanę grubą rozwódką z kredytem konsumenckim.

Ale żeby tak się nie  stało (mam na myśli ten rozwód, przytycie i kredyt konsumencki) to teraz na koniec będę od Was wyciągać ciężko zarobione pieniądze w wysokości 1,23 zł od każdej majętnej. A wymówkę mam taką, że się wepchałam po raz drugi do konkursu na Blog Roku 2013 i żeby wygrać te  nagrody, które niechybnie uratują mnie od tych wszystkich nieszczęść wyżej opisanych potrzebuję Waszego wsparcia. Dlatego też, by ulżyć mojej niedoli możecie wysłać sms-a na numer 7122 o treści F00522 (po F są dwa zera) od dziś do 6 lutego do godz. 12:00. Tu następuję podlizywawczy uśmiech :)))))