niedziela, 21 grudnia 2014

Nie wiem jak zatytulować tego posta...

... no bo co ja Wam mogę napisać z racji przeprosin za tę głuchą, czteromiesięczną ciszę. Mogę tylko coś pojęczeć jak Piekarski na mękach, że mi przykro, że bardzo przepraszam, że to wszystko moja wina i że więcej nie będę (choć tego to ja już taka pewna nie jestem :) ). Mogę też przedstawić na piśmie usprawiedliwienie od męża (pełnoletni jest, dowód ma , może zaświadczyć), że byłam bardzo zajęta "karierą" i nawet ten rzeczony mąż mało mnie widział przez te kilka miechów, aż się zaczęłam obawiać, że pewnego wieczoru po prostu zadzwoni po policję, bo mu się jakaś obca baba pcha do chałupy. No i skoro mogę to napisać to właśnie napisałam :). A żeby jeszcze tak uściślić to napiszę też, że ten rok był dla mnie jednym z najbardziej pracowitych jakie udało mi się do tej pory zapamiętać i czuję się zmęczona, ale tak szczęśliwie zmęczona, bo robię to co lubię i jeszcze mi za to płacą.
 Złośliwość losu jednak daje o sobie znać, bo nie sądziłam że realizując marzenie o własnej pracowni krawieckiej, będę marzyć żeby mieć choć chwilkę czasu, co by uszyć coś dla siebie. No niestety, jestem chodzącą antyreklamą własnego zakładu pracy, bo paraduję przyjmując klientki w kupnych rzeczach i czuje się jakbym jawnie grzeszyła. Jestem totalnie niekompatybilna z tym co robię. Mam więc ambitny plan, że choćby się waliło i paliło i na ZUS nie starczało to raz w miesiącu muszę sobie coś machnąć, no bo normalnie zejdę na syndrom "niedoszycia" jeśli takowy w ogóle istnieje.
 Oczywiście szyje się u mnie to i owo i na brak zajęcia oraz bólu pleców nie mogę narzekać i nawet mogę Wam co nieco pokazać. No i oczywiście pokazuje nie na sobie, ale na Truposzce, bo po pierwsze  to rzeczy "na handel" (zresztą dawno zhandlowane) a po drugie "gupio" by było sprzedawać coś co już ktoś nosił, nie?
 Dziś pokaże kilka "dresiaków". I choć się zarzekałam, że ja tego szyć  nie będę, to mi się odmieniło jak tylko się okazało, że rachunki trzeba płacić a "dresiaki" bardzo w tym pomagają. No i wychodzą mi całkiem zgrabne :).O, na ten przykład taki.



Rozmiar, o którym wolę nie pamiętać, że istnieje (bo mnie ta świadomość dobija, że jest a ja nie mogę się w niego wcisnąć) czyli 38. Milutka, drapana dresówka (wiecie z takim świetnym meszkiem od spodu). Model z którejś Burdy z lekką modyfikacją, bo w oryginale jest krótki rękaw krojony razem z przodem, a potrzeba była dorobić długi. Poza tym szyło się lekko, łatwo i przyjemnie pomijając zgrzyt zębów z racji tego niedoścignionego rozmiaru. Właścicielka zadowolona, na drugi dzień pobiegła w niej do pracy, by przyprawiać o niestrawność zazdrosne koleżanki. Akcja przyprawiania koleżanek o wrzody przebiegła pomyślnie i zaowocowała kolejnym zamówieniem (ponownie w rozmiarze zupełnie nie dla ludzi).



Nie wytrzymałam i ja i też sobie taką uszyłam, tylko w odwrotnej konfiguracji. Tam gdzie tu szare u mnie czerwone itd. No i to był błąd, bo ja nie nosze roz. 38, więc te kieszenie zamiast dodawać uroku, dodają czegoś zupełnie innego. Machnęłam na to ręką, bo przeróbek wręcz organicznie nie cierpię i noszę ją sobie z wielką przyjemnością, bo ciepłe to i wygodne i mam gdzie schować chusteczki na ten mój permanentny katar.
 Trzecia do kolekcji powstała taka oto kreacja.



Tym razem w rozmiarze, do którego mi zdecydowanie bliżej, równie ciepła jak poprzednie, ale chyba bardziej wyjściowa, jeśli można tak o dresówce powiedzieć.

Sukienek powstało ciut więcej, ale zanim zdążyłam sięgnąć po aparat zjawiała się zziębnięta klientka i zdzierała z Truposzki co tylko tam na niej wisiało, także...ten...więcej zdjęć nie mam :)

 Na tapecie mam teraz piękny, flauszowy płaszcz. Oczywiście wisi na Truposzce i czeka sobie na odbiór, ale ja już jestem mądrzejsza i jutro skubańca obfocę, bo mi go znowu zabiorą i nie będzie się czym pochwalić.

 A skoro już przemówiłam ludzkim głosem to skorzystam z okazji i złożę Wam życzenia z okazji Bożego Narodzenia i Nowego Roku. Zatem życzę Wam tego, co sprawia Wam radość, przynosi satysfakcję i wywołuje uśmiech na twarzy. Życzę także tego, co powoduje, że chce się rano wstać a wieczorem z chęcią zasypia na myśl o tym co jutro.

Do miłego!

niedziela, 17 sierpnia 2014

A poszewki wędrują do...

Niniejszym ogłaszam, że szczęśliwą posiadaczką dwóch wybranych przez siebie poszewek zostaje

.....THIMBLELADY!!!

Na dowód przedstawiam króciutką fotorelację z losowania, gdzie robiłam za przysłowiową sierotę





Będę wdzięczna za przesłanie na adres wioletta.raczek@onet.pl danych potrzebnych do wysłania prezentu jak i oczywiście informacji, która z trzech opcji nagrody jest najbardziej bliska Twojemu sercu :)

Gratuluję!!!

Dziękuję Wam wszystkim za zabawę i miłe słowa w komentarzach i przepraszam, że dziś tak strasznie zwięźle, ale po pracowitej sobocie mam równie pracowitą niedzielę, choć zajęty mam głównie mózg. Mam nadzieję, że za niedługo pokażę Wam efekty tej orki. Zdradzę tylko, że od kilku dni otaczają mnie stada "dinożarłów" oraz, że odkryłam nowe możliwości mojej hafciarki a w zasadzie jej programu do haftowania :)

I od razu przepraszam zwyciężczynię za tego okropnego babola ortograficznego, którego dopiero dojrzałam na zdjęciu

niedziela, 27 lipca 2014

Candy, candy, candy!!!

No właśnie, mam dla Was taką oto niespodziankę. A wszystko przez to, że prawie dokładnie 2 lata temu, a jeszcze dokładniej to 30 lipca 2012 roku ukazały się moje dwa pierwsze wpisy na blogu - tu i tu możecie je przeczytać.
 O mamusiu, że się tak wyrażę, ile ja nerwów straciłam na rozgryzaniu tego bloggera, książkę by napisał. Do czytania to by się pewnie nie nadawała, bo tyle by było w niej podwórkowej łaciny, że Miodek by chyba zwątpił, ale ku przestrodze czego nie robić jak się ma zamiar długo i szczęśliwie blogować warto by było ją odczytywać na jakichś zamkniętych prelekcjach. 
  Pomijając jednak te wszystkie męki tworzenia to muszę powiedzieć, że prowadzenie bloga, a przede wszystkim Wasze zainteresowanie nim dosłownie zmieniło moje życie. Wiem, wiem brzmi to straaaaasznie patetycznie, ale tak właśnie jest. Bo gdyby nie blog, to nie byłoby teraz mojej pracowni, z której jestem taaaaaaka dumna. Nie byłoby sklepu internetowego, którego dziś chcę przedstawić za to mnie byłoby więcej, bo nic tak nie poprawia bezrobotnej humoru jak słoik nutelli. Także dziękuję Wam za moją firmę, mój sklep i moją prawie  nienaganna figurę :)))
  A w ramach wdzięczności zapraszam do zabawy. Zasady znane (choć nie wiem czy przez wszystkich lubiane). Otóż należy


1. Zostawić komentarz pod tym postem wyrażający chęć udziału
2. Udostępnić podlinkowany baner z moim candy na swoim blogu.
3. Osoby nie posiadające bloga zostawiają komentarz pod tym postem a na swojej fejsbukowej tablicy udostępniają linka do mojego CANDY.



Jeśli macie chęć możecie polubić stronę mojej Pracowni na FB, ale nie jest to warunek by wziąć udział w zabawie.

Aaaaa i najważniejsze - nagroda! I tu tez niespodzianka, bo choć nagroda jest jedna to możecie wybrać w jakiej postaci chcecie ją "zrealizować".

Wersja nr 1
 Dwie poszewki, które widnieją na zdjęciu - poszalałam przy nich, bo i aplikacje i haft i naszyte kokardki :))

 lub

Wersja nr 2
 Dwie patchworkowe poszewki na poduszki, wybrane z tych umieszczonych na stronach mojego sklepu internetowego Uszyte.pl (kryptoreklama nr 2 :) )

 lub

Wersja nr 3
Dwie poszewki na poduszki, które uszyję specjalnie dla zwyciężczyni w/g jej pomysłu i ulubionych kolorów.

Częstujcie się!!!

czwartek, 3 lipca 2014

Podobno jestem na czasie...

...bo właśnie dziś usłyszałam w radio, że paski oraz długie spódnice są w tym sezonie prawdziwym "must have". Długą spódnicę z koła czy cuś ala "dziecię kwiatów" na wszelki wypadek od razu wykreśliłam ze swojego planu szyciowego, bo choć pochodzę prawie ze wsi i prawie na wsi mieszkam to niekoniecznie chcę wyglądać jak mazowiecka kopka siana. Za to paski jakoś nie wzbudzały we mnie żadnych podejrzeń, a że oczywiście nie mogłam sobie odmówić nabycia kolejnych szmat do kolekcji, to nabyłam także i szmatę w paski i jakieś takie inne wytwory szalonego grafika.
     W sumie to ja powinnam się leczyć, bo jak zaczęłam przenosić swoje szafiane zapasy do nowo otwartej pracowni to okazało się, że jedyne czego w tej szafie nie mam to porządek. Poza tym mam wszystko. I wełnę na płaszcz i jakieś nie wiadomo co na sweterek, do tego tiul (co mnie podkusiło, żeby go kupić, przecież nie uszyje sobie tutu), sztuczne na spódnicę, sztuczne na spodnie, nie sztuczne na bluzkę, sruskę i pewnie jakby mi się zachciało uszyć majtki ze srebrnej lamy to tez pewnie byłoby z czego. No ale w paski nic nie miałam, więc jestem rozgrzeszona i nie dam sobie wmówić, że nie panuję nad odruchami (oprócz pasków kupiłam jeszcze dzianinę w takie coś co nie umiem powiedzieć w co i jeszcze jedną dzianinę w jakiś taki indiański wzór, jednym słowem wszystko we wzory, bo nie lubię gładkich powierzchni).


   No, ale wracając do pasków, to chyba też jakoś tak beztrosko do nich podeszłam. No bo niby wytopiłam trochę sadła nad stołem do prasowania, nie dojadałam z racji wielkiego zaangażowania w karierę zawodową jak i oszczędzałam na Zus-a Wielkiego, ale ciut mnie chyba poniosło.
   W sumie jak się w niej widzę "na żywo" czyli w lusterku to jestem bardzo happy, bo się sobie podobam (Szanowny również zadowolony), ale jak już mi ten Szanowny machnął sweet focie to jakoś tak niekoniecznie . Ha, nawet wiem kogo to wina - moja, bo jakbym wzięła pół metra więcej to inaczej rozmieściłabym te paski na mym powiedzmy zgrabnym ciele, a tak wyszedł mi taki trochę baleronik (baleronik lubię bardziej niż pomidory i chyba pora to zmienić).


  Dekolt fajny :)


 Paski też się zeszły


Ale plecy to już porażka. Zawsze mam to samo - wielka zakłada w tali (czy co ja tam mam w tym miejscu). Mam je jakieś przykrótkie (za to z przodu hulaj dusza) i wszystkie wykroje muszę poprawiać. Żeby było ciekawiej, to po bokach jest okey. No i tym razem tak mi się spieszyło, żeby wreszcie coś sobie uszyć, że tą poprawkę najzwyczajniej sobie darowałam, a bo szyję z dzianiny, więc pewnie się naciągnie czy coś. Nie naciągnęło się ani nie wdało tylko wisi. A niech wisi, ja poprawek wręcz organicznie nie cierpię.

(To jest przód, tak na wszelki wypadek to piszę, bo u mnie to czasami nie widać różnicy)

Model burdowy, chciałam nawet napisać który ale wszystkie numery mam w pracowni, więc się nie dowiecie. Swoją drogą to najprostszy model na świecie, bez zaszewek i innych fajerwerków, ot po prostu taliowany worek z rękawami.

Zostawiam Was z tym baleronikiem, ale nie odchodźcie daleko, bo mam pewną niespodziankę. Otóż jak się okazało zamęczam Was moimi postami już dwa lata. Raz częściej, raz rzadziej ale zawsze z przyjemnością (za szkody na zdrowiu psychicznym czytelników nie biorę żadnej odpowiedzialności). Nawet sama nie przypuszczałam, że prowadzenie bloga i Wasza sympatia aż tak bardzo zmieni moje  życie. I wcale nie przesadzam. Ale dziś już nic więcej nie powiem, poczekajcie cierpliwie a już niedługo dam wyraz mojej wdzięczności.

 Tymczasem bieżę chyżo do lodówki, bo może skuszę się wreszcie na tego pomidora...brrrr.....

poniedziałek, 2 czerwca 2014

Zaszyłam się...

....nie, nie z powodu kłopotów z napojami wyskokowymi, ale zaszyłam się w pracowni. Chyba sama nie zdawałam sobie sprawy ile jest przede mną pracy. Teraz mam wrażenie, że przejścia z Zusem i innymi urzędami to był mały pikuś. Owszem, latałam jak wściekły kot z dziurawym pęcherzem, ale przynajmniej jakichś ludzi miałam okazję zobaczyć, a teraz znikam na dłuuuugie godziny pomiędzy stołem do krojenia, żelazkiem a maszyną do szycia po drodze naciągając kolejny materiał na tamborek, żeby moja Janina Wielka miała co haftować a w tzw. międzyczasie obrabiam dostawców, rachunki, pocztę e-mail i przewalam setki stron w poszukiwaniu inspiracji. A żeby mi się jeszcze w weekendy nie nudziło to na własne życzenie rozgryzam Corela, żeby naumieć się tworzyć niepowtarzalne wzory, które to potem przerobię na hafty i umieszczę na kolejnej pięknej pościeli. Chyba nigdy w życiu tyle mi się w życiu nie działo!

   No i przez to moje "biznesowanie" zupełnie zapomniałam o czymś takim jak szycie odzieży wierzchniej. Jak sobie uświadomiłam, że ostatni ciuch, który sobie uszyłam zdążył się już zniszczyć w praniu to aż mnie w środku zabolało. Starzy górale słusznie powiadają, że szewc bez butów chodzi. Naniosłam więc dziś do pracowni kilogramy Burd i metry papieru na wykroje i choćby się waliło i paliło i miałabym najazd dzikich hord z firm kurierskich to i tak coś sobie wykroje i uszyję. Choćbym miała nie jeść! Ale póki co muszę Was pomęczyć moją pościelą (swoją drogą do szybkiego nabycia na moim fan page'u https://www.facebook.com/pracowniauszyte ), bo ciuch ma dopiero postać jakiejś bardzo niewyraźnej wizji a o czymś takim trudno jest coś sensownego napisać. Także...ten.... pochwalę się pościelą.











To były efekty pracy mojej Janiny a teraz kilka przykładów, że jak się Janina zmęczy to też można coś fajnego uszyć.



Jedna tylko sprawa nie daje mi spać a mianowicie właśnie te zdjęcia. Jestem totalnym amatorem jeśli chodzi o wiedzę fotograficzną i aż się czerwienię ze wstydu gdy muszę pokazywać tak nieudane fotki. Mam jednak nadzieje, że na dniach to się zmieni, bo jestem na etapie rozmów z pewnym dziewczęciem, które to dziewczę jako młoda adeptka sztuki przekazu obrazów zgodziła się na wstępną współpracę. Nerwa trochę mam, ale liczę, że wszystko pójdzie po mojej myśli.


No to lecę włączyć żelazko, rozłożyć jakieś hektary bawełny ale przede wszystkim zrobić sobie kawusię, bo to pora już najwyższa!

czwartek, 8 maja 2014

ZUS-ie nadchodzę!

To, że mnie tu tyyyyle nie było to wszystko wina Unii Europejskiej, Urzędu Pracy, ZUS-u, Urzędu Skarbowego oraz innych pomniejszych organizacji samorządu gminnego. No bo przecież nie moja wina, że mnie olśniło i założyłam własną firmę a już tak uszczegóławiając to powiem nawet, że pracownię krawiecką. Nie moja wina, że jako młoda bezrobotna skorzystałam z unijnego dofinansowania przez miejscowy urząd pracy, nie moja wina, że jako prawowity obywatel kraju naszego kochanego chcę płacić podatki (no, może nie z jakimś przesadnym entuzjazmem), mieć REGON, NIP, wpis do CEIDG (do zeszłego miesiące nie miałam nawet pojęcia, że takie cuś istnieje) i takie tam jeszcze fajne wpisy i numery. No jednym słowem to wszystko ich wina, że mnie tu tyle nie było :)
    Ale żebyście sobie nie pomyślały, że narzekam albo coś. O nie, nie - wręcz przeciwnie - po prostu pękam z dumy, puszę się jak paw i zadzieram nosa (choć w życiu nie czułam się tak przeżuta i wypluta przez system). Mogę Wam z dumą i z wielką radością przedstawić moje dziecko

 "USZYTE" 
Pracownia Krawiecka Wioletty Raczek
 
Mam nawet oficjalny "szyld", który wisi na moich drzwiach a wygląda tak

Wielkim plusem posiadania własnej firmy a nie posiadania szefa jest wolność. Wolność polega na tym, że lecisz do roboty z wywieszonym jęzorem i obłędem w oczach, nie dlatego, że Twój przełożony Ci kazał, ale dlatego, że masz tyle spraw do załatwienia, że jak nie polecisz z tym jęzorem to w zasadzie nie będzie do czego lecieć na następny dzień. Prowadzenie własnego biznesu polega głównie (mam nadzieję, że tylko w najbliższych dniach) na:
- domyślaniu się co poeta miał na myśli pisząc ustawę o podatkach
- domyślaniu się co ZUS w ogóle ma na myśli
- grzebaniu w necie w poszukiwaniu dostawców z prawdziwego zdarzenia a nie od "zdarzenia do zdarzenia"
- ustalaniu jak ma brzmieć umowa najmu lokalu.
- głaskaniu (prawie, że dosłownym) Pana Hydraulika, Pana Elektryka, Pana Innego -yka

Ale jak się już przez to przebrnie to satysfakcja jest taka jak stąd do kosmosu. I ja już w zasadzie tę satysfakcję posiadam (no może jutro będzie jej pełnia, bo właśnie jutro Pan Elektryk ma dokonać ostatecznego cudu w postaci podłączenia podlicznika - cokolwiek to oznacza).
 No i są jeszcze naprawdę fajne rzeczy - ZAKUPY. To wybieranie maszyn, materiałów, dodatków, dodateczków, tasiemek, lamówek, niteczek i co tam się w duszy zamarzy. A to wszystko ze świadomością, że płaci Urząd Pracy - no rewelacja i polecam:).
  Z tego zachwytu zapomniałam powiedzieć co będę tworzyć. Otóż wymyśliłam sobie szycie pościeli, obrusów, zasłon, firan i co tam przyjdzie do głowy by upiększyć dom. Każda pierdółka, która może być uszyta, żeby nam się ładniej mieszkało na pewno uszyta zostanie. A to co uda mi się stworzyć juz niedługo będziecie mogły zobaczyć i kupić w moim sklepie internetowym. Póki co prace trwają, więc proszę o chwilę cierpliwości. Swoja droga i tak nie wytrzymam i pokaże Wam to wszystko na blogu.
   Za to dziś pochwalę się moim najnowszym nabytkiem dzięki któremu powstał mój "szyld" i przez którego nie śpię po nocach, bo tak chciałabym na nim szyć i szyć i szyć.....
Oto Królowa Królowych - Janina Wielka (czyli w/g paragonu maszyno-hafciarka Janome MC9900)


zdjęcie ze strony dystrybutora - firmy ETI
Ponieważ wymyśliłam sobie haftowanie pościeli i innych przydasiów taka hafciarka musiała u mnie zamieszkać. Kocham ją miłością wielką i nie oddam za żadne skarby. Tyle ma szlaczków, ściegów, wzorków, że do połowy jeszcze nawet nie dotarłam. Haftowanie to bułka z masłem. Coś tam naciśniesz, wybierzesz, nałożysz tamborek z materiałem, wciśniesz guzik i idziesz w pinezki pić kawę, dłubać w nosie czy co tam lubisz robić najbardziej. Jak jej zabraknie nitki w bębenku to Ci pipnie, jak się jej nitka zerwie (zdarza się niestety przy chińskich niciach z Biedronki) to  Ci pipnie. Jak trzeba zmienić kolor nici to znowu pipnie. Zwalnia z myślenia, bo przy każdym ściegu czy wzorku pokazuje jakie ustawienia trzeba dobrać - a to nacisk stopki, a to naciąg nici, a to sama stopka. No, oprócz recytowania wierszy to chyba robi wszystko. Szyld wyhaftowała, zasłonki do pracowni wyhaftowała, probnik ze wzorami, które trzeba było pokazać teściowej też wyhaftowała. A ponieważ teściowa już widziała to pokaże i Wam co tam na niej wykombinowałam, choć to jedna setna z tego co tam w nią powsadzali.



No i parę zdjęć "technicznych" na których baczny obserwator dojrzy szczegóły architektoniczne mojej pracowni. Miała być pełna relacja jak pracownia wygląda i się prezentuje ale trochę jestem w proszku i jak tylko się ogarnę to pochwalę się już "w szczególności".


To pomieszczenie nosi oficjalną nazwę "pokoju krojczego". Jest jeszcze drugi pokój a w zasadzie pierwszy, bo przez niego się wchodzi, ale panuje tam jeszcze artystyczny nieład w związku z czym pochwalę się nim w następnej kolejności.
  A poniżej Janina Wielka w kilku odsłonach







Nie mogę się doczekać kiedy przyjdą tkaniny, żeby sobie tak w nich pogrzebać, poprzekładać, porozkładać no i coś uszyć. No i żeby te wszystkie Pany, które ciągle u mnie coś robią poszły sobie w końcu w siną dal i pozwoliły mi "tworzyć", bo jak tak dalej pójdzie to zajmę się wcale nie szyciem tylko organizacją pracy wszelakiego rodzaju fachowców.
 
Aaaa i tak mi się jeszcze przypomniało a propos winy. Wy też mnie macie na sumieniu, bo przez to, że tu zaglądacie, czytacie, chwalicie i w ogóle łechtacie moją próżność, to w ogóle miałam śmiałość pomyśleć o własnej firmie za co Wam teraz bardzo DZIĘKUJĘ!

niedziela, 23 marca 2014

Bardzo spięty Łucznik

Dzisiaj rzecz będzie o wykorzystaniu artykułów biurowych w tak zwanym "domowym krawiectwie". I to nie żadna ściema - jak najbardziej znalazłam dla nich zastosowanie a dokładniej dla jednego z ich przedstawicieli, ale o tym za chwilę.

Jak już niektóre z Was wiedzą (a szczególnie te z refleksem kierowcy rajdowego), kilka dni temu stuknęło mojemu blogowi 100 000 wejść. Prawie że przegapiłam tą okazję do świętowania, ale na szczęście ocknęłam się dosłownie w ostatnim momencie i na szybko ogłosiłam ekspresową akcję łapania licznika. Na drugie szczęście część moich wiernych czytelniczek zagląda do mnie także w godzinach pracy (spokojnie - nie doniosę do pracodawców) i z tej części trzem z nich się poszczęściło. Dostałam zdjęcia dokumentujące ten fakt i tak oto mogę ogłosić iż prezenty-niespodzianki już jutro zaczną swą podróż, mam nadzieję, że krótką do:


Ani z bloga "NO UFO's ALLOWED"
Małgosi z  "MAMMY LOVE"
Iwonki z bloga "ZAPISKI MRÓWKI"


Dziewczynom gratuluję zacięcia i silnych nerwów, a Wam wszystkim bardzo dziękuje, że wytrzymujecie ze mną już tyle czasu i nadal zaglądacie tu z uporem maniaka. i choć pewnie z większością z Was nie dane mi będzie spotkać się w realu i postawić jakieś ciacho z kawką to mam dla Was taki zastępczy poczęstunek w postaci zdjęcia tortu (wredna jestem, wiem :), który fundnął mi Szanowny Małżonek z okazji tej uroczego jubileuszu. Tadammm!


Powiem tylko tyle - BYŁ PYSZNY!!!

A teraz przejdę do meritum, czyli do wspomnianych artykułów biurowych.
Jak to mówią "potrzeba matką wynalazku" i nie sposób mi sie dzisiaj z tym powiedzeniem nie zgodzić.
Gdzieś tak po śniadanku ogromnie zachciało mi się coś uszyć. Nawet to "coś" mam już skrojone, bo wczoraj z kolei miałam ogromną potrzebę zrobienia sobie wykroju bluzki. No i juz, już miałam tę bluzkę szyć, ale nie chcący wlazłam najpierw na facebook'a i trafiłam na dyskusję o stopkach do pikowania. Temat mnie pochłonął, bo parę tygodni temu udało mi się nawet uszyć dwie poszewki na poduszki właśnie przepikowane, ale używałam do tego stopki do przyszywania guzików i namęczyłam się jak górnik na przodku (tak wiem, nie pokazałam ich jeszcze, ale obiecuję, że nadrobię to w najbliższym czasie) No więc chłonęłam te wszystkie informacje jak sucha gąbka wodę, tym bardziej, że się okazało, że jedna z dziewczyn ma takiego staruszka Łucznika jak ja i do niego właśnie ma tę specjalną stopkę, która w sklepie internetowym jest do nabycia drogą kupna za 14,70 zeta. Pobieżałam na stronę sklepu, stopkę obejrzałam i pochlipałam sobie cichutko w kącie, bo przecież zanim zapłacę i mi przyślą, to chęć pikowania minie jak przysłowiowy zły sen czy rozwolnienie.
Chęć pikowania była ogromna i strasznie namolna, a poza tym ambicja nie pozwalała mi zostawić tego tematu w spokoju i dzięki temu odkryłam cudowne zastosowanie spinacza biurowego, który z niewiadomych przyczyn leżakował sobie w szufladzie czekając na cud. I cud nadszedł. 

Zatem moje drogie, zamieszczam przepis jak zrobić sobie stopkę do pikowania z użyciem spinacza biurowego i stopki do przyszywania guzików. Przepis należy stosować do maszyny Predom  Łucznik 466 z lat 70-tych.
Potrzebne składniki : duży spinacz biurowy i stopka do guzików


Odginamy pod kątem prostym jeden koniec spinacza


Teraz ten koniec odginamy do góry również pod kątem prostym


Odkręcamy śrubkę widoczną na prawym trzpieniu i wkładamy w dziurkę spinacz aż do zgięcia. Śrubkę mocno przykręcamy.


Tak to wygląda od przodu. Ważne aby ta część spinacza po prawej stronie zdjęcia wystawała nad śrubką mocującą igłę.


Montujemy stopkę do guzików. Tu dokładnie widac o co chodzi. Gdy igła będzie się w trakcie szycia podnosiła do góry w pewnym momencie trafi na spinacz i dzięki niemu podniesie także stopkę. To spowoduje, że będziemy mogły przesunąć materiał pomiędzy kolejnymi wkłuciami igły.


O tak jak na tym zdjęciu. Igła w górze i stopka też - prawie palucha można wsadzić w ten prześwit


No i teraz nie pozostaje nic innego jak pikować...


...pikować...


...pikować!

wtorek, 11 marca 2014

ZŁAP LICZNIK NA 100 000!!!

Moje drogie Parafianki!
Dziś post szybki niczym samolot odrzutowy, bo i okazja ku temu może szybko przeminąć.

Ogłaszam szybką akcję ŁAPANIA LICZNIKA. A złapać trzeba cudowną liczbę 100 000 !!!

Tak, tak to już 100 000 tysięcy odwiedzin, które radują moje serce i serce mojego Szanownego Małżonka. Dziś na tę okoliczność nawet zakupił tort i zaprosił gości, także nie możecie mnie zawieść i czym prędzej łapcie magiczną liczbę. Dla zwyciężczyni przygotuję prezent, ale tortu nie gwarantuję, bo pewnie Sanepid nie przepuściłby przesyłki. Także palce na enter i do dzieła !!! Jako dowód proszę o przesłanie na moją skrzynkę print screen lub zdjęcie monitora z cudowną liczba 100 000.


 Ustrzelcie licznik




 Wiadomości z ostatniej chwili!!!!
Bystrym okiem i zręcznymi palcami wykazały się dwie czytelniczki Ania z bloga "No UFOs allowed" oraz Małgosia :)

GRATULUJĘ!!!!!



sobota, 8 marca 2014

Jan? Janek? Aaaa...Jasiek!!!

Zdrobnienie popularnego imienia męskiego "Jan" padło dzisiaj z naszych ust pewnie z milion pięćset, sto dziewięćset razy. A wszystko przez to, że zachciało nam się uszyć te milion pięćset, sto dziewięćset jaśków dla warszawskiego CENTRUM ZDROWIA DZIECKA

Szyło się w Ikei Targówek.

 To znaczy, żeby to się samo szyło, to nie byłoby tematu, ale samo się nie chciało, potrzebne były jakieś istoty o gołębim sercu, coby  te nieprzebrane kilometry ikeowskich tkanin (a według moich obliczeń zużyłyśmy 7 belek po 35 metrów bieżących i to bieżących bardzo szybko) przerobiły w kolorowe poszewki. Na szczęście duch w narodzie  nie ginie i babeczki zamiast wąchać "ósmo-marcowe" goździki oraz przywdziewać "ósmo-marcowe" rajstopki stawiły się w Ikei, w dziale "jadalnia" jak jeden mąż i ruszyły do boju niczym tajna jednostka amerykańskich "marines". Dołączyłam się i ja, ale gdyż, ponieważ, bo -  trochę się spóźniłam, co lepsze fuchy (czytaj obszywanie brzegów oraz zszywanie jaśków) były zajęte, musiałam się podjąć zajęcia, które omijały wszystkie szerokim łukiem, czyli cięcia tkaniny na odpowiednie kawałki. Zadanie ambitne, bo bez niego nie ma szycia, ale i straaaaaasznie upierdliwe, bo  wszystkie stoją nad tobą jak harpie i krzyczą - WIĘCEJ, WIĘCEJ!!!! Na szczęście Beatka przyszła równie późno jak ja, więc było nas dwie przeciwko tym harpiom i jakoś dało się wytrzymać :)))

Był również mój Szanowny Małżonek, dzięki któremu mam tyle zdjęć, bo się stworzenie trochę nudziło wśród terkotu maszyn i rozmowach o naszych babskich sprawach, więc ćwikał te zdjęcia ile wlezie.Dlatego też nie gadam juz nic więcej tylko zapraszam do obejrzenia :)

Byłam bardzo uprzejma i przedstawiłam się każdemu, ale chyba jem za dużo masła, bo niestety nie pamiętam jak ma na imię ta przeurocza osóbka, która machnęła tyle poszewek, że klękajcie narody! Kajam się i proszę o wybaczenie!
A tutaj w pełnej krasie dwie szalone dziewczyny - po lewej Agnieszka, przed którą siedzi lalka stworzona przez nią samą i którą to Agnieszkę można także odwiedzić na jej blogu Wiedźma Domowa, a po prawej Kinga, której blog bardzo chętnie odwiedzam, bo  to prawdziwa kopalnia wiedzy krawieckiej
Żeby nie było, że nasze szycie to jakaś ściema :)
Nasza maskotka, na razie bezimienna, trzeba będzie jakieś chrzciny zrobić
Po lewej Monika (czerwona bluzka), po prawej Asia (w zielonym sweterku i mam nadzieję, że dobrze zapamiętałam jej imię) obie wciąż uśmiechnięte, choć roboty od groma i ciut-ciut.

No byłam i ja, ujęta w chwili gdy dosłownie na 5 minut dorwałam cudzą maszynę,no i okazało się, że pomimo iż szyję kreacje prawie, że "ot-kitir" to na cudzej maszynie głupieje i nawet brak szpulki z nićmi nie przeszkadza mi w szyciu

Ciągle uśmiechnięta Beatka, która szyje zawodowo takie kreacje, że klękajcie narody
Agnieszka dumnie prezentująca pierwszą skończoną poszewkę
Beatka, równie spóźniona jak ja i dlatego zagoniona do najmniej wdzięcznej roboty, ale gdyby nie ona byłabym w czarnej.....dziurze :)
Oficjalne logo
I oficjalnie uszyte jaśki :)


Jak opuszczałam dziewczyny o 16-tej, miałyśmy na stanie 240 uszytych jaśków. Plan był, by uszyć 300 i mam nadzieję, że się udało, bo została jeszcze godzina, a one takie zawzięte, że te 60 brakujących to pewnie machnęły bez większego wysiłku.
  Ja za to wiem, że mam mięśnie w miejscach mało do tego przystosowanych, które swoje istnienie ogłosiły bólem istnienia takim, że szok. Wiem też, że nikt się nie opindalał, bo nawet nie było "sikundy" czasu  (jak to stwierdziła Kinga)  właśnie na tę fizjologiczna konieczność. Ale radość wielka i tylko żal, że nie z każdą dało radę zamienić tych kilka słów. Także głosuję za typowo plotkarskim spotkaniem, bom się nie nagadała i czuję się taka niedogłaskana :))