sobota, 26 października 2013

Powrót córki marnotrawnej

.... choć raczej powinnam napisać - " Łooo matko, ile mnie tutaj nie było!!!"
To "niebycie" trwało tak długo, że zapomniałam jak się pisze nowego posta. Przez kilkanaście sekund gapiłam się jak wrona w gnat w ekran komputera (przy okazji zauważając, że przydałoby mu się porządne mycie) aż wreszcie trafiłam mym błędnym wzrokiem w odpowiednie miejsce. Także oto jestem i nadrabiam wszelkie zaległości.

Po pierwsze - jestem sławna. O sławie mej nie wiedzą chyba tylko na Grenlandii, bo reszta znajomych bliższych, dalszych lub całkiem odległych została przeze mnie zmuszona do oglądnięcia ostatniego numeru "Szycia krok po kroku" gdzie się "inteligentnie" wypowiadam czemu to, ach czemu wybrałam właśnie szycie na swoje hobby. Dla osiągnięcia powalającego efektu nie cofnęłam się nawet przed zakłóceniem wieczystego spokoju moich krewnych, a nawet - o zgrozo - pozwoliłam na umieszczenie swoich zdjęć. Za te wszystkie okropieństwa chcę Was teraz serdecznie i wylewnie przeprosić. Na swoje usprawiedliwienie dodam, że lepsi ode mnie skusili się na tę "gazetową  propagandę" - bo i Bezdomna Wiolka, która może i mało szyje dla siebie (bo to dobra kobieta jest i dba o innych), ale jej aplikacje, pikowanki no i Żorżet budzą moją zazdrość, i Kasia - tfu! ta to i w worku pokutnym  (który na pewno sama by sobie uszyła ze wszelkimi bajerami i wodotryskami) wygląda jak Miss i Bartka - facet który szyje i to tak, że nie mam śmiałości pokazać moich "lewych" stron, bo u niego nawet lewa strona wygląda lepiej niż moja prawa, więc czuję się usprawiedliwiona jeśli chodzi o entuzjazm i narzucanie się ze sfatygowanym już numerem tego pisemka.




Po drugie - coś tam jednak szyłam. Szło to może opornie i przy wtórze podwórkowej łaciny z powodu różnych nieszczęść co jakiś czas nawiedzających moje nędzne życie, ale się w końcu uszyło. Jakichś wiekopomnych dzieł nie udało mi się stworzyć,  mam za to rzeczy, które po prostu noszę, są wygodne i nie trzeba ich prasować, a to dla mnie ostatnio główny wyznacznik "super ciucha".

Dziś na dobry początek tunika, co to czekała z pół roku na uszycie, aż się doczekała.
Uszytek raczej mało ozdobny, z resztą  za duży, bo wykrój leżał i leżał a ja w międzyczasie zgubiłam parę kilo, co mi jakoś umknęło i ciachnęłam w/g dawnych upodobań, ale za to właściwości grzewcze ma w sam raz na tę porę roku a i zimą załapie się na parę seansów. Materiał to mieszanka angorki z czymś tam, czymś tam, ale miękkie to i przyjemne do ciałka, więc nosze nie zważając, że zwisa to na mnie ciut smętnie. Jak dojrzeję to zwężę i przerobię dekolt, bo to, co tam jest to mi się  już odpodobało. A wygląda to tak.












No i teraz jak na to patrzę to aż się dziwę, że to Wam pokazałam. Strasznie to nie udane i jakieś takie bez wyrazu. Nie mój kolor, fason od czapy, normalnie ZONK. No ale sama to uszyłam, więc teraz masochistycznie się katuję na forum publicznym. Możecie obrzucać błotkiem, choć w miarę delikatnie proszę :)

Dziś za to skończyłam coś piękneeeeeego! Jest milutkie, cieplutkie i wyglądam w tym bosko, ale pokażę "następną razą", bo tak wszystko za jednym zamachem to za dużo szczęścia (a prawdę mówiąc skończyłam to już prawie "po ciemku"  i mój nadworny fotograf stwierdził, że na zdjęcia to już nie ma warunków i on odmawia współpracy).
 Jutro kreacja będzie miała swoja premierę, bo udaję się na kurtuazyjną wizytę do teściowej mojej, jak do tej pory jedynej, więc sprawdzę ją w boju (czyt. przy kawie, cieście i obiadku podanych zapewne prawie równocześnie) i mam nadzieję, że mnie nie zawiedzie.

W planach kolejne ciuszki i żeby było śmiesznie właśnie z ostatniego numeru "Szycia krok po kroku" i wcale nie dlatego, że w nim jestem. To na prawdę udany numer i w zasadzie wszystko mi się tam podoba w odróżnieniu od ostatniej Burdy, którą magluję w tę i z powrotem z nadzieją, że a nuż widelec coś przeoczyłam, ale okazuje się, że mimo najszczerszych chęci nic z niej nie wyduszę.


No, to tyle na dziś - dobranoc i pchły na noc!