niedziela, 25 sierpnia 2013

Jak nie wyjechać na wakacje

Przepis jest bardzo prosty, a do wykonania tego zadania będziemy potrzebowały kilku składników. Oto niezbędne ingrediencje:
- siostra 1 szt. (lub nawet dwie jak w moim przypadku)
- narzeczony siostry (w tym wypadku jeden wystarczy)
- brat narzeczonego
- kolega brata narzeczonego :)
- no i jeden mąż  (mój:)

Przygotowanie:
Należy wziąć siostrę, jej narzeczonego, brata narzeczonego oraz kolegę brata narzeczonego. Połączyć ich razem w nieformalna grupę, która chce wyjechać nad nasze polodowcowe morze. Do szczęścia tej grupy brakuje 1 osoby, tak by koszt paliwa rozłożył się na jeszcze większą ilość portfeli, tym bardziej, że pojemność samochodu wyraźnie wskazuje, iż te pięć osób wygodnie się tam zmieści. Teraz trzeba zaprosić tę siostrę z tym narzeczonym na małe piwko w miłych okolicznościach przyrody i tam dowiedzieć się o ich poszukiwaniach jelenia z grubszym portfelem. Następnie wypada wpaść w zachwyt nad tak atrakcyjną perspektywą spędzenia paru dni w miłej i niezobowiązującej atmosferze przy dużym udziale jodu i się na tę imprezę wprosić. Nie wolno zapomnieć o mężu siedzącym tuz obok i jakimś miłym słowem załagodzić ewentualny sprzeciw w sprawie wyjazdu, który to wyjazd nie obejmuje rzeczonego męża.

Wykonanie
Rzecz dość prosta. Trzeba przez ponad miesiąc ślęczeć w internecie, przerabiać wszystkie strony dotyczące miejscowych atrakcji, uroczych zakątków, świetnie położonych miejsc noclegowych. Dzwonić do siostry po kilka razy dziennie z coraz to nowszym pomysłem spędzania wolnego czasu, bądź nowym, jeszcze fajniejszym miejscem noclegowym. Należy także uszyć sobie coś cieplejszego, by te lodowate podmuchy wiatru, nie wywiały z nas ostatniego promila, tak pożądanego przy okazji wizyt na niezbyt gorących plażach polskiego wybrzeża.











Po uszyciu bluzy z zalegającej już jakiś czas dzianiny i resztek nie wiadomo czego, ale za to bardzo falbaniastego (model z Szycia Krok Po Kroku 2/2012, model 3D) należy dzień przed wyjazdem udać się na ostatnie zakupy w celu nabycia jakichś pierdół, które to pierdoły można by  kupić już na miejscu. Przy wyjściu ze sklepu należy natknąć się na matkę pchającą wózek  ze swoim bardzo niedorosłym dzieckiem oraz z drugim potomkiem idącym za nią na dość niepewnych jeszcze (tak na moje oko około 3-letnich) nóżkach. Matka musi być bardzo zaaferowana pchanym wózkiem i to do tego stopnia, że nie zauważa iż idące za nią dziecko bardzo się ociąga w tym "idzieniu", a powiedziałabym nawet, że wręcz się zagapiło na jakieś cuda w tym sklepie spożywczym i na pewno nie zdąży przejść za matką przez drzwi, które ona z hukiem otworzyła, a które pędzą na tego malucha z bardzo widocznym zamiarem zapoznania go z lekarzem bądź najbliższym farmaceutą. Należy więc wsadzić nogę między dziecko a drzwi celem powstrzymania nieuniknionego, z jednoczesnym przytrzymaniem bachorka, by sobie jednak tej krzywdy nie zrobił. Następnie w trakcie akcji ratowniczej trzeba rozwalić sobie stopę o wystającą z drzwi podpórkę, która służy do podpierania (jak sama nazwa wskazuje) tych metalowych kolosów, a która od paru dobrych miesięcy dynda się na jednej śrubie i aż się prosi o kontakt z czyjąś niewinną stopą. Po uzyskaniu opuchlizny, kilkucentymetrowej ranki oraz braku umiejętności chodzenia przy użyciu tej nogi, powinnyśmy  jeszcze przejść z kilometr do domu, by uzyskać całkowitą pewność iż wakacje, choćby i jak najmocniej zmotoryzowane nie wchodzą w grę, bo na nogę nie wchodzi żaden but, a nawet jakby i wszedł to na pewno noga dalej nie pójdzie, bo wygląda jak kotlet siekany, mocno zmaltretowany przez nieudolnego kucharza.
  Pozostaje nam na koniec zawiadomienie reszty towarzystwa że potrzebują kolejnego jelenia w celu opłacenia środka lokomocji, wyplucie z siebie całego wodospadu podwórkowej łaciny skierowanej w kierunku drzwi, matek z "dzieciami" oraz bliżej niesprecyzowanych pechów, klątw i tym podobnych, oraz trzymanie się wersji, że bardzo możliwe iż uratowaliśmy życie przyszłemu wynalazcy leku na raka, mając w pamięci "oj, dziękuję Pani bardzo" wypowiedziane przez tę jego mać.

Teraz tylko wstawic do piekarnika na 180 stopni, na pół godzinki i nieudany wyjazd wakacyjny gotowy.
Życzę SMACZNEGO!


P.S. Bluza powinna mieć jakąś pętelkę i guziczek do zapinania się pod brodą, ale po tych atrakcjach drzwiano-nożnych pogniewałam się na nią i musi trochę odleżeć zanim doczeka się jakiegoś zapięcia :)

niedziela, 4 sierpnia 2013

Muł kontra obcasy

 Co by nie mówić, pogoda od paru dni postanowiła wysuszyć nas na wiórek kokosowy lub - w przypadku osób nie przepadających za owym kulinarnym dodatkiem - na wiór sosnowy, ewentualnie dębowy. Ogólnie jako osoba wysoce ciepłolubna, nie powinnam tej pogodzie złego słowa powiedzieć, ale jednak babsko trochę przesadziło. No bo ja rozumiem, że ciepło, że zero wiatru, że pranie schnie na ogrodzie z geometrycznym wręcz przyspieszeniem, ale nie mogę jej darować, że równie szybko się odwadniam, liczba branych przeze mnie pryszniców znacząco wpływa na rachunek za tzw. "energię elektryczną" (no bo w piecu palić nie będę skoro średnia temperatura w domu wynosi 29 stopni), a na mej dojrzałej gębie pojawiają się wypryski rodem z koszmaru nastolatki, o których sądziłam, że mam je z głowy (no i z tej gęby) co najmniej od 20 lat. No tego to jej wybaczyć nie mogę. Jedyna pociecha to to,  że te problemy ma w tej chwili około 38 milionów mieszkańców naszej rozgrzanej ojczyzny a jakby spojrzeć na to bardziej globalnie to i ze dwa miliardy "człowieków". więc wyjątkiem niestety nie jestem.
Jestem za to żoną  Szanownego Małżonka, który postanowił wynagrodzić mnie - podobno za wyjątkowo piękne posprzątanie naszego gniazdka, które to posprzątanie jakoś jemu do głowy nie przyszło -  wypadem na równie wyjątkowe lody do pobliskiej miejscowości, a dokładnie do knajpy znajdującej się w tej miejscowości. No to się przebrałam za kobietę, czyli umyłam włosy, ułożyłam na niej jakieś fale czy loki, założyłam nową sukienkę (w końcu miałam okazję pokazać to dzieło moich rąk i mąk) i przywdziałam jedyny słuszny obuw pasujący kobiecie - buty na obcasie. Życie niestety pisze swoje scenariusze niezależnie od naszego widzimisię, więc wizyta w knajpie okazała się porażką, ponieważ znalezienie w niej choćby jednego, wolnego krzesła (jedno starczyłoby, bo chyba Szanowny dałby radę potrzymać mnie na kolanach z 15 minut) okazało się trudniejsze niż wysłanie legendarnej Łajki w kosmos. Skutek był taki, że z rozpaczą w głosie zaproponowałam, co by zawiózł mnie w jakieś romantycznie miejsce celem machnięcia paru fotek do bloga, co też niezwłocznie uczynił. Sprawa okupowania knajpy wyjaśniła się przy okazji poszukiwania romantycznych plenerów, bo okazało się że dziś odbywa się w Kamieńczyku (dla zainteresowanych - woj. mazowieckie, ok. 10 kilometrów od Wyszkowa) Festiwal Miodu i Chleba, i te ludki co się tego chleba i miodu nażarły to ruszyły do knajpy nażreć się golonki i gulaszu, a to spowodowało, że my nie mogliśmy się w tym samym czasie nażreć długo oczekiwanych lodów. Oto zatem, efekt naszych poczynań - zdjęcia w romantycznych okolicznościach przyrody.








Aż tak jęczeć to w sumie nie powinnam, bo dzięki brakowi miejsc "Pod dębem" (a karmią tam, że klękajcie narody), zostałam marszandem , ponieważ zakupiłam (no dobra - mąż zakupił na moje wyraźne "o, ten mi się podoba") pewien bardzo urokliwy obraz, dzieło rąk lokalnej twórczyni, choć z drugiej strony, gdyby było wolne miejsce, to mielibyśmy o parę złotych więcej w kieszeni. Ale za to nie miałabym szansy pokręcić żarnami, pomłócić cepem, albo zakopać się w mym "kościelnym" obuwiu w bardzo romantycznej, znanej mi od dzieciństwa (w końcu płynie przez Łochów i niejeden raz się w nie topiłam) rzece Liwiec, a dokładnie w jej śmierdzącym stęchlizną mule. Ale czego nie robi się dla niepowtarzalnych ujęć, nawet stada wygłodniałych komarzyc nie są w stanie przeszkodzić w uwiecznieniu tej jednej, jedynej chwili (ten dziwny przykuc i machanie kiecką ma odstraszyć ewentualnych krwiopijców).

Że on (znaczy się Małżonek) zdążył nacisnąć migawkę ....

Winna Wam jestem parę słów o tej sukience - w końcu to blog o szyciu. Materiał zapewne poznajecie, bo wystąpił już na tym blogu w roli bluzko-tuniki, której to mi się strasznie nie chciało szyć. A że zakupiłam go w ilościach hurtowych, należało go wykorzystać aż do bólu. Ból w sumie był mały, bo wykrój z Burdy 3/2009, model 116 B należy do tych nielicznych, których nie musiałam w ogóle dopasowywać do mej dziwnej sylwetki. Zaznaczę, iż w/g Burdy przeznaczony jest dla osób niskich, a mnie zawsze wychodziło, że jestem osobą średniego wzrostu (164 cm). Wychodzi na to, że dla Burdy jestem kurduplem. Jednym słowem, skroiłam, uszyłam, założyłam i nie mogę się z nią rozstać tak mi się podoba. Bardzo wygodna, kobieca a czy dodaje kilogramów to mnie to wisi i powiewa, bo czuje się w niej rewelacyjnie i noszę ją aż do znudzenia.

Tymczasem udaję się na kolejny prysznic z nadzieją, że te upały potrwają co najmniej do końca sierpnia, bo wtedy udaję się nad nasze polodowcowe morze i chciałabym się choć raz w nim wykąpać, bez perspektywy zapalenia płuc, bądź innej przypadłości dotyczącej górnych dróg oddechowych.