piątek, 28 czerwca 2013

Niech szyje Skwarka!

 ...czyli maszyna do szycia marki Husqvarna o wdzięcznej nazwie Huskystar 215.

Dzisiaj obiecana recenzja mojego nowego nabytku. Nabytek jest dla mnie nowy, bo ogólnie kupiłam ją używaną  z racji ogromnych dziur budżetowych, które nękają nie tylko nasze biedne państwo, ale także i zwykłego, szarego obywatela - czyli mnie. Łucznik ogłosił, że więcej już nic nie uszyje, ponieważ osiągnął już wiek emerytalny i teraz to on będzie podróżował, a nie ślęczał nad równymi ściegami, a że szyć się chce to trzeba było coś wymyślić. O niewdzięcznym panie Piotrze już wszystko wiecie, na szczęście znalazłam w necie coś co mnie zadowalało i tak pojawiła się w moim życiu Skwarka (no tak mi się jakoś Husqvarna kojarzy). Zatem nie przedłużając, cóż to ja ciekawego mogę o tym dziele szalonego wynalazcy powiedzieć?




Chciałam żeby miała:
- metalowe podzespoły, na tym mi zależało, bo przy moim szyciu plastik nie wytrzymałby nawet miesiąca. Lubię mocniej przycisnąć :)
- mechaniczna a nie komputerowa, bo lubię sobie pogrzebać w bebechach jak mi coś nie wychodzi a nie lecieć do serwisu, żeby mi Pan Fachowiec za bardzo wygórowaną cenę zaglądał do środka w celu wyciągnięcia wplątanej nitki.
- stopki na zatrzask a nie jakieś grube śruby do odkręcania,  do których wiecznie gubię śrubokręt,
- parę ściegów użytkowych: min. do niewidocznego podszywania, do szycia elastycznych materiałów

...no i to ma.












Ma schowek na szpulki, obcinak, stopki , zmieszczą się tak także małe nożyczki i inne przydasie. To mi akurat pasuje, bo obcinak i nożyczki to są dwie rzeczy, które ciągle i z nieopisana konsekwencją gubię przy każdym szyciu.



 Ma też tzw. wolne ramię do rękawów czy nogawek, ale powiem Wam szczerze, że nie umiem tego używać, o czym przekonałam się szyjąc sobie spodnie dresowe. Lepiej mi się szyje tradycyjnie, ale może to kwestia przyzwyczajenia i z czasem polubię to "wolne ramię" bardziej.



Stopki, które były na wyposażeniu. Od lewej:
- stopka do ściegów overlockowych. Spełnia swoje zadanie bardzo dobrze. Z racji posiadania takiej wystającej blaszki (na dole stopki, po prawej stronie widoczna taka czarna, wystająca kreseczka) równo prowadzi tkaninę i ścieg wychodzi dokładnie na brzegu materiału. Ja jej jednak za dużo nie będę uzywać, bo mam prawdziwy overlock, ale znalazłam dla niej inne zastosowanie. Mianowicie świetnie się sprawdza jeśli chcemy coś równo przestebnować po wierzchu, nawet jeśli chodzi nam o podwójne stebnowanie szwów. A dzieje sie to dzięki temu, że igłę możemy zostawić w środkowym położeniu, wtedy stebnowanie wypada nam mniej więcej ok. 2mm od krawędzi szwu, a jeśli przestawimy igłę na lewą stronę, to szew mamy gdzieś w odległości 7 mm od krawędzi szwu. I wszystko pięknie i równo.
- stopa do zygzaków i do prostego szycia
- stopka do wszywania krytych suwaków. Wyglądała dość dziwnie, dość dziwnie także mi się ją montowało, ale się uparłam i suwak nia przeszyłam. Tknięta jednak jakimś dziwnym przeczuciem zajrzałam na stronę firmową i okazało się, że mam jakiegoś zonka zamiast oryginalnej stopki, więc nie dziwota, że robota mi nie szła. Jednym słowem należy zakupić oryginalną.
- półstopka do wszywania "normalnych" suwaków
- stopka do dziurek.  Niestety nie jest to, jak naiwnie sądziłam automatyczne obszywanie dziurek, lecz tzw. czterostopniowe. Ale bądźmy szczerzy, do tej pory dwa razy robiłam dziurki w czymkolwiek, więc jak mi przyjdzie zrobić trzeci raz to dam radę i z czterostopniowym obszyciem, co zresztą już wypróbowałam (zdjęcie poniżej)





 Dziurki obszywa równo i ściśle. Obok widać wszystkie ściegi, które można uzyskać, kręcąc tymi wszystkimi pokrętłami, a z których i tak pewnie rzadko skorzystam :)




 No i ma -  moja Skwarka - nowe wdzianko, które sama sobie uszyła jako test swojej wytrzymałości. Wdzianko z "józiowej" bawełny leżącej w szafie od nie wiadomo kiedy i nie nadającej się na nic (z racji tego oczojebnego koloru). Za to na płaszczyk dla Skwarki w sam raz, bo i uprać można, a jak się zniszczy to nie żal, bo zapas materiału starczy na jeszcze dwie wersje.


No i dzięki tej bawełnie mogę teraz powiedzieć jak ta Skwarka szyje.
Tradycyjne zszywanie dwóch warstw materiału idzie ok. Tkanina równo i gładko wysuwa się spod stopki, bez takiego szarpania jak w moim Łuczniku. Na płytce są umieszczone pomocnicze linie, które pomagają mniej wprawionym na zachowanie jednakowej szerokości szwów. Cztery warstwy grubej bawełny także zszyła ładnie, bez plątania czy zrywania nici (każdy bok pokrowca składa się z dwóch przepikowanych kawałków żeby było sztywniej). No i więcej już bym jej pod tą stopę nie pchała. Owszem, przeszyje i 8 warstw materiału, pod warunkiem, że  ilość warstw jest taka sama na całym zszywanym kawałku. Problem jest, gdy musi przejść z np. 4 warstw na 8 (jak było w przypadku tego pokrowca i podwijania dolnego brzegu). Kiedy  w trakcie podwijania doszłam do szwa bocznego musiałam już ręcznie kręcić kołem, żeby przeszyć ten węzeł gordyjski. Nie ma aż tak mocnego wkłucia igły, no i ząbki ślizgają się od spodu po materiale. Zresztą ma tylko trzypunktowe ząbki, co okazuje się trochę za mało.
Inna sprawa to szycie elastycznych tkanin. Tu się trochę na niej zawiodłam. Przy szyciu spodni z materiału elastycznego, który jest trochę rozciągliwy wzdłuż, za to dość elastyczny wszerz nie poradziła sobie z podwinięciem nogawek. Nogawki zszyła bardzo ładnie i to normalnym ściegiem, natomiast podwinięcie, mimo użycia ściegu elastycznego i wszystkich ustawień zgodnych z instrukcja nie udało się zrobić estetycznie. Ścieg jest poprzepuszczany, momentami drobiła w miejscu, musiałam pomagać w przesuwaniu materiału, co z kolei powodowało nadmierne naciąganie tkaniny. I nie wiem czy to kwestia złego doboru ściegu, czy nici, czy igły, czy może jeszcze jakiejś innej cholery. Będę jeszcze próbować, a nuż widelec da radę.

W skali ocen 1-6 daje jej 4.
Dobra maszyna do tzw. lekkiego szycia: bluzki, sukienki, spodnie (ale raczej nie z grubego dżinsu). Łatwa w obsłudze i konserwacji. Trochę uwagi wymaga rozkminienie tych ustawień ściegów, ale po pierwszym przeszyciu pamiętam już co i jak.

Wady:
- za wolna. Niby szyje ciut szybciej niż mój Łucznik, ale dla mnie to za mało. Inna sprawa, że ja już szyłam i na przemysłowych stebnówkach, więc żadna domowa maszyna mi nie da tego co przemysłówka. Ale szyłam także i na pożyczonej komputerowej Elnie i ona już miała lepszego speed'a
- trochę za mało roboczego miejsca pod obudową. Przy szyciu czegoś większego jest kłopot z upchaniem tam większej ilości materiału.
- no i mogliby lepiej opisać te ustawienia ściegów.

No to tyle co mogę wysmażyć na temat mojej Skwarki. Jest to maszyna na czas kryzysu, więc nie oczekuję, że będzie mi wiecznie służyła. ma wytrzymać jeszcze ze trzy lata i pewnie to zrobi. A jak się już dorobię fortuny, albo wygram w totka to walnę sobie taką maszynę, że wszystkim oko zbieleje :)))
Póki co "NIECH SZYJE SKWARKA"!

sobota, 22 czerwca 2013

Wena wróciła!


 Jęczałam, stękałam, że mi się nie chce, że wszystko "be", maszyna do "de", w nic nie wchodzę, nic na mnie nie pasuje i parę jeszcze innych rzeczy na "nie". Na szczęście mi przeszło i to skutecznie, bo nawet dogorywający Łucznik nie był w stanie odwieść mnie od zamiaru uszycia sobie czegoś nowego. Materiał tez się jakiś napatoczył, bo oczywiście wizyta w sklepie ze szmatami należy już do kanonu moich zachowań, a że tradycje należy podrzymywać niezależnie od życiowych kolei, tak i ja niepomna wszelakich losowych zawirowań, nie odmówiłam sobie tak przyjemnego obowiązku. Obowiązek zaowocował nabyciem trzech sztuk materiałów po atrakcyjnych cenach (końcówki beli, więc nieźle przecenione) i przytarganiem do domu następujących znalezisk::
- szary materiał widoczny na zdjęciu - śtucność nad śtucnościami, ale ładnie się układający i prawie nie gniecący w ilości 1,6m  za 15 zeta
- satyna w mazaje fioletowo "jakieśtam" w ilości 1,7m za 17 zeta
- no i niestety "pełnopłatna" bawełna z lycrą w kwiatowe motywy (prawdopodobnie będą spodnie) w cenie 46 zeta za 1,5m.
A ponieważ nic tak nie działa motywująco jak nowe szmatki, więc zaraz po przyjściu do domu przystąpiłam do przerzucania Burd w celu wyłowienia jakiejś ofiary. I teraz wiem co powiecie, że przecież parę dni temu obraziłam się na Burdę śmiertelnie i na całe życie, ale każda z Was wie, że wyboru to my raczej większego nie mamy, a Burda skutecznie i boleśnie uczy nas co oznacza wyrażenie "mieć na coś monopol". No więc ona ma i se możemy jedynie pokwikać!
No a teraz przyznam się, nie bez bólu, że strasznie mi się ta sukienka na zdjęciach nie podoba, dlatego tez nie dałam swojego zdjęcia w pozycji pionowej wyprostowanej, no bo po prostu wstyd i żenada.. Jest wybitnie niefotogeniczna i wygląda jak worek pokutny. I musicie mi uwierzyć, ale tak naprawdę uwierzyć, że na żywo jest po prostu rewelacyjna i ja w niej wyglądam REWELACYJNIE. A jak nie wierzycie to zapytajcie mego Szanownego Małżonka, który powiedział "bardzo ładna i ślicznie w niej wyglądasz". A jak mnie dzisiaj szedł obfocić, to powiedział, że przydałyby się do niej te moje żółte korale. No wyrobił mi się chłop stylowo, że aż się boję co będzie za parę  miesięcy. Założyłam więc te moje żółte korale, ale to i tak tym zdjęciom nie pomogło. No cóż na własne życzenie poddaję się Waszej krytyce (Lilianko - to specjalnie dla Ciebie - worek pokutny nr 6 :).
Aaa i tak dla porządku to jest model 110 z kwietniowej Burdy (jak złapię gdzieś jakiś kawałek lnu to machnę sobie jeszcze jedną, kto bogatemu zabroni?)


 Kieszenie na dole mam....


 ..ale te na gruczołach mlecznych to już sobie darowałam


 I dwie pozy na Elżbietę Jaworowicz (choć nie mam zielonego pojęcia gdzie jej się te nogi zginają)





Oprócz tej kiecki mam tez i 'nową" maszynę i to wcale nie od tego pana P, co to się tak mnie przestraszył, ale aż z samego Białegostoku. Jestem w siódmym niebie i choć obiecałam pewnej Gosi, że najpierw napiszę o nowej maszynie zamiast o nowej kiecce, to przepraszam, że słowa nie dotrzymałam, ale zanim ją wychwalę , to chcę jej dać porządnie w kość (tzn. maszynę zanim wychwalę, bo Gośkę to już mogę wychwalać i wcale nie muszę jej wcześniej dawać w kość) , a to musi chwilę potrwać (czyli do następnego uszytka, co nastąpi w najbliższych dniach, bo trza się spieszyć póki wena trwa)

niedziela, 16 czerwca 2013

Z dziennika niedoszłej pacjentki psychoterapeuty


Cóżem Ci - o Losie - złego uczyniła, żeś karał mnie w tych dniach okrutnie i rzucając pod nogi kłody rozliczne, patrzył jak się o nie potykam (w końcu mam astygmatyzm, nie?) i swoim drwiącym śmiechem zagłuszał me żałosne prośby o choćby małą, wolną chwilkę na własne przyjemności. O ty okrutny, który odciągnąłeś mnię zupełnie od jaśnie oświeconego Bloggera i od innych internetowych delicyj, bym w trudzie i znoju poznawała Twe mroczne oblicze, w którym na próżno szukałam wspomożenia. Oto jednak jestem, pomimo Twoich wybiegów, gierek i sztuczek, co więcej, pozwolę sobie powiedzieć - WAL SIĘ! Skończył się dzień dziecka, spadaj se jak najdalej ode mnie i żebym Cie więcej nie widziała. Głupi jesteś i masz pryszcze!
 Tak mniej więcej spędzałam czas, kiedy mnie tu nie było, a nie było mnie sporo, bo normalnie pająki zasnuły mi całego bloga i tak jakoś stumaniałam, ze się parę dobrych chwil zastanawiałam w co kliknąć, żeby posta napisać. Wesoło mi ostatnio nie było, ale ile można odmawiać sobie przyjemności, no powiedzcie sami. Pewnie jeszcze z tydzień bez Was i jakiś pseudoterapeuta zarobił by na mnie na nowego laptopa. A ze u mnie raczej krucho z kasą i sama myśl, że miałabym płacić komuś za słuchanie moich wynurzeń powoduje  prawie że natychmiastowe zdrowienie, postanowiłam sama sobie poradzić a zaoszczędzone pieniądze przeznaczyć na chleb i masełko do tego chleba.



 Tak więc jestem.

No i to w zasadzie tyle co mogłabym napisać (pomijając szczegółowy opis wszystkich kłopotów i innych tragedii, bo po co?). "Nowej" maszyny do szycia nie mam, bo tajemniczy pan Piotr zamilkł jak zaklęty i unika kontaktu ze mną jak z trędowata co najmniej. Nie miałam zielonego pojęcia, że mogę zamęczyć człowieka przez telefon na tzw. śmierć. Albo on jakiś mało odporny psychicznie, albo ja  szczególnie uzdolniona. Hmmm, zagadka pozostanie na wieki nie rozwiązana. Efekt taki, że teraz muszę głaskać i przytulać starego Łucznika, by mu się w ogóle chciało ruszyć choćby o dwa ściegi, co kończy się albo plątaniem nici, albo ich zrywaniem, albo jakimś taki dziwnym dźwiękiem "łiiiii", który się wydobywa z jego trzewi. Najlepsze jest to, że muszę uprzedzać Szanownego Małżonka w jakich godzinach zamierzam szyć, tak by mógł sprawdzić program telewizyjny, ponieważ szycie uniemożliwia oglądanie telewizji i to nie z powodu hałasu, ale z powodu tego, że teraz robi się badziewie a nie telewizory, bo szycie na maszynie wywołuje na ekranie tegoż badziewia (firmę przemilczę) powódź kwadracików wszelakiego koloru, zamiast zapowiadanego w rozkładzie meczu Brazylia kontra jakaś inna cholera.

Szyć coś tam próbowałam. O, na ten przykład taki kombinezon z Burdy



Zdjęcie ze strony Burdy

Bo tak sobie pomyślałam, że kiedyś przestanie padać, (niechby tylko i na dwie godzinki), a jak już przestanie to ja sobie założę taki letni kombinezonik, wezmę wiklinowy koszyczek i udam się na radosne zakupy po porcje rosołową i papier toaletowy (to nie znaczy, że użycie do obiadu porcji rosołowej równa się użyciu po obiedzie papieru toaletowego.Choć jakby się tak głębiej zastanowił...). No to go sobie skroiłam z jakiejś wiskozy zalegającej półkę od czasów Noego, uszyłam i czym prędzej oddałam z powrotem Noemu, bo ja w tym nawet po papier toaletowy nie wyjdę. Wyszedł worek na kartofle ze szlufkami, gumką w pasie i dekoltem kończącym się w okolicach "mymłona". A i tak przewidująco wzięłam mniejszy rozmiar. Brrrr...koszmar!
 Potem pomyślałam sobie o żakiecie, czy czymś w rodzaju lekkiej kurtki. A że wstręt do Burdy jeszcze nie minął przegrzebałam Papavero i znalazłam takie coś.



Zdjęcie ze strony Papavero

Wydało mi się to "coś" dość interesujące ze względu na ciekawie poprowadzone cięcia. Zatem znowu wizyta na półce Noego, cięcie, zszywanie i ponownie prezent dla biblijnej postaci. Nijak mi to nie leżało. Sterczało tam gdzie nie powinno, a gdzie powinno to oklapło. Jednym słowem obraziłam się i na Papavero.

Efekt tego taki, że na wszelki wypadek poobrażałam się na wszystkie wykroje, niezależnie od źródła ich pochodzenia i nie mam co szyć. Leży mi na półce parę szmatek do przerobienia, ale tak nie mam do nich przekonania, że udaję, że ich nie widzę. Chyba poczekam jeszcze z parę dni, bo jak widzę, na siłę to może być jakieś urządzenie mechaniczne, a nie szycie. Poza tym szkoda mi materiałów, które marnuję na te popłuczyny sztuki krawieckiej (Noe kategorycznie odmówił noszenia czegokolwiek spod mojej maszyny).
Czekam zatem na słońce i przypływ weny twórczej i dziękuję za Wasze maila ze słowami troski o moją skromną osobę - dodały mi otuchy :)))))