niedziela, 12 maja 2013

Tajemniczy Pan Piotr i rozporek w spódnicy

Dzisiaj będzie  o szyciu ale inaczej.

Nie stworzyłam w tym tygodniu nic, ale to nie znaczy, że o szyciu nie myślałam. Wręcz przeciwnie - przez cały tydzień zaprzątało to moją łepetynę. Szycie,  jak i tajemniczy Pan Piotr. A zaczęło się  od mundurka do zadań grillowych.
Szyłam to fioletowe coś, jak zresztą wszystko inne, na moim emerytowanym Łuczniku. Ale w przypadku tego ciucha moja maszyna wypowiedziała u mnie posadę. Na nic się zdały moje głaski, czułe szepty, słowa zachęty. Ustrojstwo plątało, zrywało, nie przesuwało materiału, stawało dęba. Posunęłam się nawet do bardziej drastycznych metod wymuszenia sprawnego działania a mianowicie do rozkręcenia opornego dziada, nakarmieniu oliwą, przeczyszczenia tego co dało się przeczyścić, zmieniłam nici, zmieniłam igłę, pokręciłam kurkami tam i tu, ale rezultat był marny i dalece odbiegający od satysfakcjonującego mnie poziomu. Niby dało się skończyć ten polar, ale po tym szyciu oboje padliśmy - ja na twarz, maszyna chyba na dobre.
To haniebne wydarzenie (czyli padnięcie maszyny na dobre, a raczej na złe) zapoczątkowało u mnie dość bolesny proces myślowy na temat zakupu nowej maszyny. Bolesność procesu polegała na tym, że gotówki na nową "nową" maszynę u mnie niet, a szyć się chce! Tak się odstawić od szycia na dłuższy czas to raczej niebezpieczne dla zdrowia i może prowadzić do nieodwracalnych skutków, a do tego nie mogłam dopuścić.
Zaczęłam się więc przestawiać na zakup "nowej" używanej maszyny. Odwiedziłam wszystkie znane mi portale handlujące czym się da i na jednym z nich natknęłam się na Pana Piotra - czarodzieja spod Lublina, który daje drugą szansę wszystkiemu co ma wtyczkę i co można podłączyć do prądu.
Pan Piotr prezentował w swoim ogłoszeniu trzy maszyny, które przykuły moją uwagę, więc od razu napisałam maila z pytaniem o cenę. Oczyma wyobraźni już się widziałam jak popylam na jednej z nich i nie straszne mi tam żadne plątania, zrywania i stawania dęba.
Kubeł zimnej wody dostałam w postaci info, że żadnej z nich już nie ma, ale ma taką jedną, którą może mi polecić. Zaczęła się wymiana mailii, tzn, głównie ja pisałam, bo Pan Piotr po trzecim moim zapytaniu pod rząd stracił do mnie cierpliwość i poprosił o numer telefonu. Pogadaliśmy sobie jak starzy znajomi i stanęło na tym, że w tym tygodniu będzie miał coś ekstra dla mnie i da mi znać o i jak. Także jest szansa, że nowy ciuch powstanie na "nowej" maszynie, o czym nie omieszkam zawiadomić.
Ale żeby rozstać się z Łucznikiem z "godnościom osobistom", dałam mu dziś ostatnią szansę na poprawę wizerunku, z której niestety w pełni nie skorzystał, dlatego to co dziś na nim uszyłam proszę traktować raczej jako utwór mocno szkoleniowy, bez nadmiernego zainteresowania jakością tegoż wykonania.
A machnęłam sobie tutka na temat wykończenia rozporka w spódnicy.
Pomysł wziął się stąd, iż za miesiąc mam wesele w rodzinie i na tę okoliczność należałoby uszyć jakąś oszałamiającą kreację  (choć moja siostra stwierdziła, że chyba jestem chora, bo w szafie oprócz sukienek nie wisi nic innego, ale ja uparcie twierdzę, że kiecki na wesele nie posiadam). A skoro sukienka to i rozporek, żeby było wygodniej pomachać nóżką w tanecznym uniesieniu, nie wspominając o zwykłym przemieszczaniu się np. z samochodu na salę bankietową.
Do pokazu posłużyły mi resztki z kratkowo-groszkowej sukienki, które niestety średnio się do tego nadają, bo trudno je zaprasować. No i teraz tak sobie pomyślałam, że wychodzi na to, że nie taka maszyna, nie taki materiał - to po coś babo brała się za robotę. No cóż....nie wiem :)

Ale zostawmy te rozważania filozoficzne i przejdźmy do rzeczy

Oto przed nami dwie części tyłu z dodatkiem na rozporek


Bierzemy teraz lewą połowę tyłu i wąsko stębnujemy brzeg tego dodatku, tak na pół centymetra.





 Następnie składamy obie części prawą stroną do prawej i zszywamy od suwaka (którego tu nie ma) i przez tę ukośną linię. W miejscu zakrętu nadcinamy lewy zapas aż do szwu i wszystko przeprasowujemy.






Przekręcamy to prawą stroną do wierzchu.
Mamy teraz po lewej stronie zdjęcia zaprasowany pod spód zapas rozporka (to ta część odchylona) a po prawej stronie drugą część z przestębnowanym wąsko brzegiem.
Zajmiemy się tą częścią po lewej stronie






Odwijamy to zaprasowanie na wierzch, składamy równo wzdłuż linii zaprasowania, spinamy szpilkami i przeszywamy na taką szerokość na jaką chcemy mieć podłożenie. W tym przypadku 3 cm. Po zszyciu wywijamy bez obcinania tego naddatku.





 Zaprasowujemy podłożenie na całej szerokości spódnicy. Do wyboru mamy dwie metody wykończenia dołu.
Pierwsza to przeszycie dołu normalnie na maszynie,  tak jak ja to zrobiłam. Drugi sposób to podłożenie ręcznie (bądź też na maszynie, ale ściegiem krytym) tak by po prawej stronie nie było widać stebnowania.




I ostatnia rzecz do zrobienia to doszycie zapasów rozporka do wierzchu spódnicy, wzdłuż linii, którą pokazuję paluchem, czyli rozkładamy tył spódnicy na płasko, lewą stroną do wierzchu, układamy zapasy rozporka tak jak je zaprasowałyśmy i sruuu - przeszywamy.



 I mamy oto piękny rozporeczek, dzięki któremu nie będziemy musiały drobić kroczków jak biedne gejsze spętane od stóp do głów.





Jeszcze tylko mała uwaga na temat tego ukośnego mocowania. Żeby to wyglądało estetyczniej dobrze jest nie mocować nitki wstecznym ściegiem ani na początku ani na końcu tego szwu, tylko pozostawienie dłuższych nitek, które potem przeciągamy igłą na lewą stronę i tam mocujemy paroma ściegami.



No i to tyle na dziś. Idę dalej marzyć o mojej "nowej" używanej maszynie. Może przy następnym spotkaniu będę ją już czule głaskać....

niedziela, 5 maja 2013

Ubranie robocze do zajęć grillowo-ogniskowych



 No właśnie.
Tegoroczny sezon na wszelką spaleniznę uważam za otwarty. Stało się to I-go maja, w ogrodzie rodziców , przy silnym siostrzanym wsparciu, a także ku ogromnej uciesze mego Szanownego Małżonka, a raczej ku ogromnej uciesze jego żołądka. Mój żołądek także czuł się dogłaskany, a raczej dopchany, bo takiej ilości mięcha w każdej postaci i z różnego rodzaju nieżywych stworzeń to ja daaaawno nie jadłam. Dorzućmy do tego pieczone w folii ziemniaki z dodatkiem masła czosnkowego i dwa piwa, które udało mi się jakoś w siebie wlać i mamy gotowy przepis na wylew, zawał, miażdżycę i paradontozę, bo mimo mojego wielkiego wysiłku nie mogę sobie przypomnieć bym skaziła swe cudne usteczka jakimś - ble - warzywem (czy ziemniak to warzywo?)
Atmosfera jak najbardziej sprzyjała jedzeniu za to jak najmniej sprzyjała siedzeniu - piżdziło jak w kieleckim (w tym miejscu najszczerzej jak mogę przepraszam wszystkie czytelniczki z tegoż rejonu naszego pięknego kraju :))

   Z racji tego wiatru jak i słońca, które nie wiedzieć czemu w tyłku miało te nasze pieczone mięsiwa i prawie że nie wyłaziło zza chmur, zaczęła we mnie dojrzewać niespokojna myśl, że należałoby machnąć sobie jakiś mundurek na taką właśnie, grillową okoliczność, bo występowanie we flauszowym płaszczyku nie bardzo mi się komponowało z tą ilością keczupu jak i innych sosów, którymi obficie polewałam sobie coraz to nowsze dania, a którymi to sosami udało mi się ze dwa razy polać i płaszczyk. Poza tym swądzik unoszący się znad paleniska, nad którym pochylałam się z wielką atencją pilnując piekących się kartofelków, nijak nie dał się zabić nawet flakonem perfum, a połączenie flauszu z pralką według mnie ma najwyższy stopień zagrożenia utratą tej części garderoby.

 Jak już wspomniałam - myśl była bardzo niespokojna. Gryzła i podjadała mnie przez tydzień, nie dając sobie wytłumaczyć, że z czasem u mnie ciut krucho i że nie mam z czego uszyć. Tak się wierciła w tym miejscu gdzie ludzie mają mózgi (bo ja czasem wątpię w posiadanie tego dziwnego organu), że się poddałam i ruszyłam na eksplorację wnętrza mojej szafy, gdzie oczywiście od razu złapałam za ten fioletowy polar. Z mojej czarodziejskiej szufladki wyciągnęłam długi suwak (nie pasujący kolorem, ale kiełbasie to chyba nie będzie przeszkadzać) i już wiedziałam, że uniform będzie się szył.


 Projekt to własna radosna twórczość. Chciałam mieć takie coś co można założyć do legginsów, ale żeby można też nosić jako sukienkę, np. do grubych rajstop. Jednym słowem ni pies, ni wydra.
  Jakby nie mierzyć suwaka, to starczało go jedynie na normalną bluzę, co nie zaspokajało wszystkich moich oczekiwań postawionych przed tym mundurkiem, dlatego tez pojawiła się na dole dość fikuśna, pikowana wstawka..
Wstawka jest własnoręcznie przeze mnie przeszywana i choć cały kawałek był rozrysowany na linie i inne kąty proste, to okazało się, że nawet szycie po kresce to dla mnie za trudne zadanie. Dlatego proszę o wyrozumiałość i przymknięcie oka, bo ciuch wybitnie roboczy i przeznaczony do kontaktów z materią już nieżywą, której obojętne jest czy jej kat ma na sobie prostą czy kopniętą kratkę:)












I chcecie to wierzcie, chcecie to nie wierzcie, ale na nogach mam rajstopy, które ogólnie są w jakimś kolorze i ten kolor jest ciemniejszy od mojej skóry, więc wyobraźcie sobie jaka trupia bladość waliłaby ze zdjęć, gdybym wystawiła nieodziane odnóża.

Patrząc teraz na te zdjęcia nasunęła mi się jeszcze jedna, dość interesująca myśl - dlaczego ja tego polaru nie uszyłam zimą? Pozowanie w grubej katanie na tle kwitnącej mirabelki wydaje mi się przejawem swoistego masochizmu. Pewnie w grudniu uszyję sobie szyfonową bluzkę idealną na lipcowe upały. Hmmm....ot - kobieta :)