czwartek, 21 lutego 2013

Szybka niczym Pendolino

Dla niewtajemniczonych - Pendolino to szybka kolej włoska, która miała zawitać i do nas, ale nie zawita, bo pomimo zakupu tych cud-piękności wagonów, nie mamy w Polsce torów po których to, te cuda mogłyby jeździć.
Ale za to mam bluzkę, która powstała w niespełna 20 minut i dlatego pozwoliłam sobie na to, dość ryzykowne, porównanie. I od razu uprzedzam, żadnych mi tu jęków nie wznosić, że mi gęby nie widać, czy inne tam oburzenia o braku całego organizmu na zdjęciu. Organizm mój od niedzieli przeszedł swoistą metamorfozę, z której jestem niezbyt zadowolona i tym bardziej nie mam zamiaru publicznie się z nią obnosić. Na własne usprawiedliwienie przedstawię Wam zatem krótki rys historyczny powstania bluzki jak i genezy mojej metamorfozy.
Otóż w niedzielę przed wieczorem, udałam się z Szanownym Małżonkiem w odwiedziny do rodziny, która to rodzina zamieszkała w nowym domku i chciała się pochwalić swą nową siedzibą rodową. Zaproszenie na oblewanie czterech kątów dostaliśmy parę dni wcześniej, więc miałam czas na przygotowanie nowej kreacji, bo przecież nie wypada oblewać nowych kątów w starej bluzce (no i tez chciałam się pochwalić, że i ja mam coś nowego).Powstała bluzka. W 20 minut!






W niedzielę wystroiłam się w bluzkę i czerwony płaszcz i tak uzbrojona wyruszyłam z mężem złożyć wizytę towarzyską. Środek lokomocji został w domu, bo impreza miała na celu oblewanie (choć kulturalne), więc nie było sensu jechać samochodem, tym bardziej, że dystans kilometra jestem jeszcze w stanie pokonać na własnych nogach, choćby i nawet lekko przyćmionych alkoholem. Radość ze spaceru trwała 1,5 minuty - bo tyle nam potrzeba by wyjść na drogę asfaltową. Tyle że w niedzielę z asfaltem nie miała nic wspólnego, sądzę za to, że spokojnie mogła robić za tor szkoleniowy dla panczenistów. Równo, gładko i wszystko z lodu. Zrobiłam krok, po czym mąż zeskrobał mnie  z podłoża, po uprzednim pomacaniu tu i ówdzie, albowiem najpierw walnęłam całymi plecami a zaraz potem, w mgnieniu oka, pustym łbem kapuścianym. Chwilę sobie posiedziałam nad przydrożnym rowem, Szanowny tymczasem w onym rowie szukał okularów, bo jakoś dziwnym trafem wyrzuciło je tak 1,5 metra ode mnie. Znalazł, całe. Założyłam na nos, przeprowadziłam kilka testów czy nie mam wstrząśnienia mózgu (no wiecie - takie tam przykładanie palca do nosa z zamkniętymi oczami) i radośnie pobieżeliśmy na parapetówę. Radosne bieganie z mojej strony polegało na wiszeniu na Szanownym całym ciężarem i szuranie nogami, bo do chodzenia to moje buty się nie nadają.






Impreza przebiegała w radosnej atmosferze, co i raz przerywanej przeze mnie macaniem się po głowie w poszukiwaniu guza, macaniu się paluchem po nosie w celu sprawdzenia tego wstrząśnienia mózgu i ograniczeniem opijania chałupy do raptem 2 lampek wina. No bo jak sobie pomyślałam, że jeśli jednak będę miała to coś z tym mózgiem i wypadnie zasięgnąć konsultacji farmaceuty bądź lekarza, to będzie głupio mu bełkotać całą historię i zionąć nieprzyzwoicie czochem i inna cebulą. Poza tym w tyle głowy telepała mi się jakaś niewyraźna myśl, że droga powrotna do domu jest tą samą drogą, którą tu przyszliśmy, więc chyba lepiej będzie być w miarę przytomną, choć podobno pijanym w trakcie wypadków  z reguły nie dzieje się się żadna krzywda. Sprawdzać mi się nie chciało. Na szczęście Szanowny Małżonek jest osobą pomysłową i wybębnił od gospodarzy sanki, na które to sanki wpakował mnie po całej imprezie i jak wielką panią (lub jak tego wspomnianego pijaka) zawiózł do domu.







I pewnie nie byłoby o czym rozmawiać gdyby nie nastał poniedziałek i gdyby nie trzeba było wstać. Czynność wstawania do najtrudniejszych nie należy. Każdy głupi wie jak się to robi. Ja też wiedziałam, więc zaczęłam sobie wstawać jak co rano i na tym się skończyło. Albowiem, z wielkim bólem, doszła do mnie świadomość, że mam naderwane wszystkie ścięgna, mięśnie i co tam jeszcze mam na tej szyi. Nie ma mowy o dźwignięciu głowy, poderwaniu się czy nawet o przekręceniu. Ratując łeb przed walnięciem o lodowisko (co mi się i tak nie udało), ponaciągałam wszystko co mogłam. A jak się już pogodziłam z myślą, że kilka dni mam z życiorysu, to się okazało, że na wszelki wypadek jeszcze się przeziębiłam, mam katar, kaszel i inne takie tam. Co było dalej to już mi się nie chce nawet gadać (spróbujcie kichnąć bądź kaszlnąć mając naciągnięte mięśnie szyi i klatki piersiowej- ziewać też nie mogę, bo boli jak cholera). Pod oczami wory, w które spokojnie mogę zrobić zapasy na kolejną zimę, produkcja nosowa także idzie pełną parą i jedyne co mnie nie opuszcza to apetyt. Zeżarłabym konia z kopytami!

Dlatego też dziś nie ma mojej gęby na zdjęciach, jest za to moja artystyczna wizja jakbym chciała, by ta gęba wyglądała. Reszta ciała przykryta, więc nie widać za bardzo śladów zniszczeń i pożogi.







Bluzka-kimono-nietoperz ma oczywiście, dla takiego zmarźlucha jak ja, jeden feler. Trochę wieje rękawami. Można oczywiście pod spód założyć jakiś golfik czy inną bluzeczkę, ale sama wełniana dzianina jest tak ciepła, że dodatkowa warstwa na korpusie nie jest mi potrzebna. Dlatego też, tuż przed samym wyjściem doznałam olśnienia i wyciągnęłam z szafy moje stare dobre getry a następnie naciągnęłam je na ręce. I to było odkrycie zasługujące na jakąś nagrodę. Bo po łapkach nie wiało, a w gościach ściągnęłam getry w ustronnym miejscu i mogła świecić gołym, nieopalonym ciałem. Patentu na to nie mam, więc można papugować.






Dekolt można zostawić w formie luźnej, zwisającej, bądź tak jak na zdjęciu poniżej przypiąć sobie kwiatek w formie trzymacza.








A jakby któraś chciała sprawić sobie łatwo przyjemność, zamieszczam przepis na "Szybką niczym Pendolino".

Potrzebujemy elastyczny materiał (elastyczny w poprzek) o wymiarach 160 cm szerokość, 80 cm długość. Obrzucamy go owerlokiem lub zygzakiem dookoła.
Składamy ten materiał na pół i otrzymujemy kwadrat o wymiarach 80/80 cm. Następnie zszywamy w tych miejscach zaznaczonych na czerwono. Wartości podane przy tych szwach można dostosować do swoich wymiarów. Po prostu radzę zmierzyć po pierwszym zszyciu i wtedy ewentualnie albo więcej zszyć, albo trochę rozpruć. Pozostałe otwory podwijamy i bluzka gotowa. 



Najśmieszniejsza rzecz w tej zabawie to zakładanie. Chwilę trwa zanim się ogarnie, który otwór do czego, ale jak się to uda to wychodzą takie właśnie fajne marszczenia. Nosi mi się wygodnie jest ciepła i najważniejsze - ekspresowa.
Mała rzecz a cieszy!


Na zakończenie tradycyjnie ogłoszenie parafialne w sprawie Gorsetowego Konkursu
Jak tam Wasze projekty?
2 marca tuż, tuż.
Szanowny Małżonek nie może się doczekać (ja też)!

CZEKAMY!!!!!!

środa, 13 lutego 2013

Zosia, co nie chciała sobie zasłaniać

W odróżnieniu od mojej siostry Ani, dla której najważniejszą rzeczą było, żeby było ładnie i się łatwo zasłaniało, Zosia stwierdziła, że ma tak piękne nowe okna (oraz kosztowne), iż wstyd byłoby ich nie pokazywać licznie gromadzącym się gościom. A ponieważ okna są nowe i jeszcze pachną wysokim rachunkiem wystawionym za ich zakup i montaż, należy one okna przyodziać w nowe szatki, bo stare przecież nie są godne by nad nimi powiewać. Drugi powód nie zasłaniania okien jest taki, że Zosia mieszka na dawnej leśniczówce, pośród kniei i dzikiej zwierzyny, mając za sąsiadów głównie zające, sarny oraz inną florę i faunę, która to flora i fauna jest mało interesująca się, czy mieszkańcy domu chodzą w negliżu, bez niego i czy akuratnie pani domu wytarła kurze. Czasem - z rzadka - w oknie pojawi się koński łeb w całości należący do klaczy o wdzięcznym imieniu Gentamycyna (które to imię zawdzięcza ciągłemu leczeniu, któremu była jest i pewnie będzie poddawana, bo to taki trochę felerny koń), ale klacz ma gdzieś życie intymne swoich Pańciów, skupia się raczej na skubaniu sianka, kontemplowaniu przyrody i odganianiu się od psa Borysa, i tylko w chwilach nudy, bądź braku wody w poidle pozwala sobie na taką zuchwałość.
No, ale wróćmy do sedna .
Aby móc się cieszyć nowymi dekoracjami okiennymi, Zosia złożyła mi kurtuazyjną wizytę, w trakcie której wypiłyśmy kawę i pojadłyśmy faworków i przy  okazji, zupełnie niechcący doszłyśmy do porozumienia w sprawie projektu danej dekoracji. Następnie odwiedziłyśmy Miasto Stołeczne Warszawa, w celu nabycia odpowiednich materiałów i ustaliłyśmy termin oddania gotowej pracy. Tu rola Zosi, jako inwestora się skończyła, zaczęła się za to moja harówka, na którą to zgodziłam się dobrowolnie i z niemałą przyjemnością. Powstały cztery komplety mające zdobić jadalnię, "salon telewizyjny" i sypialnię. Na te komplety złożyły się panele uszyte z firanki od góry ozdobione materiałowym pierdutkiem, by nieco ożywić tę prosta formę., a na dole zakończone gipiurową koronką. Góra paneli to tunel, by móc łatwo zakładać i zdejmować te cusie, a pod tym szerokim tunelem, oraz pod dolną koronką znajdują się jeszcze dwa wąskie tuneliki, w które wkłada się cienkie plastikowe patyczki, by całość była naprężona a nie zwisała smętnie jak policzki basseta . Dwa okna w jadalni ustrojone są  w trzy panele (na każde okno) o szerokości 60 cm i długości tylko 120 (bo mają sięgać jedynie o szprosów  w oknie), wysokość pierdutka w najszerszym miejscu to 20 cm. Na salon telewizyjny przypadły cztery panele o szerokości 45 cm i pozostałych wymiarach tożsamych z poprzednimi. A wygląda to tak.












 Tu właśnie rzeczony tunelik na patyczek. Znajduje się z tylu panela, by nie szpecić swym widokiem całokształtu.





 Dodatkowo do paneli dobrałyśmy kompatybilny w kolorze materiał na obrus, który obszyłam lamówką. I jeszcze dodatkowo (bom gospodarna dziewczyna) z materiału, który został po uszyciu górnych pierdutków, machnęłam Zosi sześć podkładek pod talerze, pięknie odszytych w kopertkę, by móc je używać obustronnie












Jak widać Fifi docenia starania Pańci, nawet do tego stopnia , że jest w stanie położyć swój majestat na uszytku beż obawy o naruszenie własnych dóbr osobistych









Trochę inna sprawa jest z  sypialnią, ponieważ tu inwestorka zażyczyła sobie bocznych, materiałowych paneli z pominięciem górnych ozdobników. Ale nie byłabym sobą, gdybym nie wykorzystała do ostatka każdego kawałka materiału, więc znowu z mej prywatnej inicjatywy powstały dwie poszewki na poduszki 40x40 cm, jak najbardziej kompatybilne z zestawem okiennym. Tu mamy dwa panele firankowe o szerokości 55 cm i długości 120 cm  i dwa boczki materiałowe o szerokości 35 cm i długości 160 (tak by sięgały parapetu) A oto i reszta mego dzieła.








Szanowna Zofia jeszcze nie widziała tego, co mam nadzieję będzie oglądać przez najbliższe kilka lat, dlatego też zdjęcia pochodzą z mego domu i w konfiguracji trochę takiej dziwnej, bo naściennej. Ale pokażcie mi takiego cwaniaka, który umie zrobić zdjęcia firankom na tle rozświetlonego okna.


A żeby Was na jeszcze trochę odciągnąć od wszelakich obowiązków to niniejszym ogłaszam, że się będę teraz uzewnętrzniać, z okazji dwóch wyróżnień. Jedno przywędrowało do mnie od Ashritt, drugie z nie tak odległej Holandii od Mag-iczki.






Niniejszym dziękuję dziewczynom, bo ja bardzo lubię, jak i mnie lubią. i idę dopełnić zasad. A należy

1. Podziękować nominującemu blogerowi u niego na blogu (com uczyniła już wcześniej)
2. Pokazać nagrodę Versatile Blogger Award u siebie na blogu (pokazałam)
3. Ujawnić 7 faktów dotyczących samego siebie (zaraz się ujawnię)
4. Nominować 15 blogów, które jego zdaniem na to zasługują (no i tu kiszka kaszana, bo wyróżnienie obleciało już wszystkich dookoła i zostałam jak ten palec :))
5. Poinformować o tym fakcie autorów nominowanych blogów (j.w.)


No to się uzewnętrzniam :)

1. Jak byłam mała to wołali za mną w szkole "mucha" albo "Gucio" z racji noszonych przeze mnie denek od słoików, potocznie zwanych okularami.
2. Świetnie robię wszelakiego rodzaju zacierki Cekolem, akryl-pastą czy innym gipsem

3. Jak upiekę ciasto, to na drugi dzień na pewno będę je jeść na śniadanie i popijać zimnym mlekiem. Mniam...
4. Jestem świetna w skojarzenia i mój mąż już nie chce przeprowadzać ze mną żadnych konkursów, bo zawsze wygrywam.
5. Nie wolno się do mnie odzywać tak gdzieś z godzinę po wstaniu z łóżka bo gryzę, warczę i dochodzi do rękoczynów.
6. Czasami się zawieszam. Siedzę sobie, gapię się w jeden punkt i o niczym nie myślę. Lubię to!
7. Jak byłam dzieckiem, chciałam zostać zakonnicą. Na szczęście mi przeszło :)))

Czy to Wam trochę przybliżyło moją pulchną osobę?

A ja tymczasem oddalę się w pośpiechu, bo mi się ryż gotuje na piecu i zaraz będzie śmierdziało spalenizną. Ooo, już trochę czuć. Raaanyyy, lecę!!!!

czwartek, 7 lutego 2013

Zamiast sześciu - poszło trzy....

....motki fioletowej włóczki i motek takiej jasnej, której koloru nie umiem nazwać, więc niech będzie, że jasna. Tyle potrzeba było, bym ręce miała zajęte jakimś pożytecznym zajęciem i nie musiała debatować z Szanownym Małżonkiem na temat tegorocznych opadów śniegu i ile to on będzie musiał to odśnieżać. Dyskusja zbędna, bo nie zależnie od jej wyników i tak musi złapać za piękną niebieską, plastikową łopatę i orać te hektary naszego podwórka, by móc z samego rana pojechać autkiem nowym, wyścigowym po świeże pieczywko dla swojej ukochanej (czyli- mła :).
A "mła" siedziało sobie grzecznie w ciepłym kątku, machało drucikami i wymachało sobie fioletowa tunikę, która to tunika zeżarła zadziwiająco mało wełny, co z kolei bardzo "mła" uradowało. Dziewczę się raduje, ponieważ ma jeszcze trzy moteczki fioletowego czegoś, co na pewno starczy na jeszcze jakąś tunikę, której robienie obroni ją przed zajadaniem smutków spowodowanych dziwnymi zjawiskami pogodowymi jak śnieg, deszcz, deszcz ze śniegiem i znowu śnieg. Oczywiście w międzyczasie szyje się (nie, no nie samo - w sumie przy dużym moim udziale) wszystko to , co sobie Zosia umyśliła, jako cuda na kiju do powieszenia w okna. No i oczywiście, w tym międzyczasie, gotuję obiad, robię pranie (ze sprzątaniem mam trochę na bakier), odbieram telefony, które mi akurat nie są na rękę, zamawiam w internecie materiały na gorsetową niespodziankę (tak, tak, będzie się szyło!) i łażę po Waszych blogach bez opamiętania, ale za to z widocznym uzależnieniem :)) No i czasami masuję zarobkowo, bo za coś muszę kupować te dobra wszelakie :)
No i w międzyczasie, taka mała dygresja na temat "międzyczasu" (teoria na miarę Einsteina)
Ogromnie mnie ten temat frapuje ilekroć rozmawiam z przedstawicielką własnej płci (dla jasności - z kobietą). No bo, zastanówcie się, moje drogie Panie. Która z nas, nigdy, ale to przenigdy nie odpowiedziała na pytanie "co wczoraj robiłaś?" na przykład w ten sposób : Wczoraj? No wczoraj to tylko sprzątałam, bo w sobotę przychodzą znajomi, Aaaaa, i  w MIĘDZYCZASIE, zrobiłam pranie. No i  zakupy. Aaa, i odebrałam dzieci ze szkoły (przedszkola, żłobka), ugotowałam obiad.......itp, itd.
I jakby się tak dobrze zastanowić, to czas jako taki nie jest nam w ogóle potrzebny. Niech se go wezmą Panowie, niech go sobie hołubią do woli lub tracą na pracę zarobkową, wizyty u mechanika, zabawy z potomkami czy inne ważne czynności wymagające CZASU. A nam niech zostawią ten nasz, pojemny jak czarna dziura, świetnie nam znany i oswajany latami  "MIĘDZYCZAS". Już  my zrobimy z niego użytek!
Dobra, na dziś filozofii starczy, bo mi tu jeszcze pośniecie przy tych monitorach, a za straty moralne jakoś mi się nie chce odpowiadać.
Pooglądajcie sobie tunikę!


Poza na "wdzięczne dziewczę" (nie, że wdzięczne za coś, tylko, że samo z siebie takie wdzięczne)




Pół nietoperza....



 
...cały nietoperz...


A tu miałam wciągnąć brzuch, ale zapomniałam

 Włóczka YarnArt, Tweed, 300m/100g, 30% wełna, 60% akryl, 10% wiskoza druty nr 5, a wzór z Sabriny 4/2008

I żeby nie było, że się nie udzielam społecznie, to właśnie się udzielam i na dowód tego zamieszczam wizerunek skarpetek zrobionych w tempie ekspresowym, jako wytchnienie od tuniki i cudów dla Zośki, a zrobionych w ramach wdzięcznej akcji Intensywnie Kreatywnej pt. "Razem-petki". Możecie się przyłączyć, a dla tych, które nigdy nie skalały się robieniem takiego czegoś polecam jej poradnik filmowy. Zajrzyjcie TU, TU i TUTAJ
Robienie zdjęć własnym stopom to robota dla szalonych. Nijak nie starcza ręki, żeby dobrze ująć własne odnóża, no i żeby było widać skarpety a nie tylko łydki. Próbowałam nawet leżeć na plecach z podniesionymi nogami i uwiecznić te cusie na tle sufitu, ale niestety odpokutowałam brak ruchu i organiczną wręcz niechęć do wysiłku fizycznego, bo nogi telepały mi się jak w jakimś pijackim amoku i na zdjęciach pojawiły się tylko jakieś bliżej niesprecyzowane maziaje na tle bliżej niezidentyfikowanej płaszczyzny (to słowo przed "płaszczyzną" poprawiałam cztery razy, więc już go więcej nie napiszę).














Włóczka YarnArt, Shetland (i to tyle co wiem na jej temat, bo wyrzuciłam banderolę a skleroza już galopuje, choć włóczka grubsza od tej fioletowej), druty  3,5 , wzór - własna inwencja twórcza.

Wyrób skarpetkowy juz był noszony. Grzeje jak prawdziwa owieczka. Co więcej, przeszedł nawet tortury pralkowe w temp. 40% i nic się z nim nie stało. Długość ta sama, szerokość też, no i właściwości grzewcze bez zmian.

I na koniec wieści z frontu gorsetowego. Dzieje się, oj dzieje, na razie w sferze form, krojenia, mierzenia, ale za to z nadzieją na dzieło doskonałe. Wpadnijcie do DorArthei, Myszkimamy (i jeszcze TU) i Latającej Holenderki, czyli Mag-iczki  (tak, tak, już wie o nas Unia Europejska) i podglądnijcie, co to sobie wyczyniają dziewoje na zadany temat.

A ja biegnę obejrzeć jakiś film, bo mi za chwilę Ślubny zemrze z utęsknienia (jakby sam nie mógł sobie puścić tego filmu), a mnie pewnie i tak po piętnastu minutach weźmie chcica na jakieś dłubanie, bo jak to tak bezczynnie siedzieć.