środa, 30 stycznia 2013

Skrzydełko Jumbo do grubasków i reszta musztardy poobiedniej

Zacznę od resztek musztardy, a raczej od tego co z niej powstało a potem porozmawiamy o grubaskach i tajemniczym Jumbo.
Zapasy włóczki akrylowej w kolorze, do tej pory, przeze mnie ulubionym uważam za wyczerpane (podobnie jak ja) i zamienione w przeróżne twory dziewiarskie barwy musztardowej. Zaczęłam już podejrzewać, że ta włóczka to się chyba jednak rozmnaża w tej "plajstikowej" torbie, którą jej przeznaczyłam na tymczasowe schronienie, bo kiedy bym tam nie wsadziła ręki to ciągle  znajdowałam jeszcze jeden wrednie się śmiejący motek i  oczekujący, że przerobię go w cokolwiek innego. No to go wyciągałam, brałam druty i dalej żwawo, hejże, ha machałam drutami połykając łzy obrzydzenia (no bo ile miesięcy można dziergać ten sam kolor). Na szczęście kres włóczki nastąpił wcześniej niż moje śmiertelne zejście, więc jestem w stanie pokazać com tam z niej ududłała.
A wcześniej powstała była chusta Echo Flower, co to ją możecie tu obejrzeć, a która obecnie grzeje szyję (wiecznie zresztą odkrytą) mojej Siostry Joanny, no a skoro Joanna posiadła chustę to i Rodzona Mama tez zapragnęła takowej, więc z tej samej włóczki powstała chusta Ezium. Zdjęcia nie cyknęłam, bo nie zdążyłam. Rodzicielka wpadła jak do apteki po zapałki, okutała się chustą, grzecznie i szybko podziękowała no i z bananem na twarzy pobiegła dalej zdobywać świat. Zgaduję, iż była bardzo zadowolona. Ale chustę możecie zobaczyć tutaj, bo mam taką samą, tylko że ecru.
A ostatnim dziełem (sądzę, że na długie lata, jeśli chodzi o kolor) jest to swetrzysko. Poszłam na łatwiznę, bo wzór jota w jotę jak tego sweterka. Ale z racji ogólnego podobania mi się, stwierdziłam, że nie będę odkrywać nieznanych lądów i machnę sobie taki sam, ale trochę inny:))) A różni się szczególikiem, bo nie chciało mi się powtarzać tych a la warkoczyków na całej górze, więc je sobie darowałam na rzecz zwykłego ściągacza.
No to teraz seria zdjęć.














 

 I solennie obiecuję, że nie zrobię nic żółto-musztardowo-sraczkowo i inne ..owo przez dłuuuuugie miesiące.

 Oprócz niestrawności z wyżej wymienionych powodów, mą uroczą i trochę już siwiejącą główkę zaprząta także  boski fiolet, który powoli zamienia się w boską tunikę. Zostało jej już niewiele do końca, ale jak to ja, nie potrafię skupić się na jednej robocie, bo mi się nuuuuudzi, więc w ramach rozrywki i podtrzymania więzi społecznych robię także Razem-petki wraz z Intensywną i całą inną zgrają takich społeczników.




A oprócz tego, zdążyłam jeszcze wczoraj odwiedzić "stolycę" w towarzystwie pewnej Zosi, która to Zosia mianowała mnie "głównym specjalistą d/s tkanin i ich ilości niezbędnych do powstania dekoracji okiennych rodem z sennych marzeń tejże Zosi". Tytuł może ciut przydługi, ale i odpowiedzialność wielka, bo rzeczone dekoracje zajmą dość sporo miejsca w czasoprzestrzeni Zosi, jej rodziny i odwiedzających ją często przyjaciół, więc wstyd odwalić kaszanę, zarówno w kwestii wyboru deseniu jak i samego fasonu. Na szczęście rzeczona Zosia ugodową jest i polegającą na moim zdaniu, więc wyprawa była owocna i zakończona sukcesem, co zaskutkowało przytarganiem do domu torby z cenną zawartością w postaci kilometrów szmatek na firany, zasłony i obrus. Podobno w moich rękach zamieni się to w cuda (tak twierdzi Zośka, a jej nie wyprowadzam z błędu), co ma się okazać za tydzień, gdy już to wszystko potnę, poszyję i mam nadzieję, że nie wyrzucę.

Tak mniej więcej wyglądają tkaniny, pomijając fakt, że tak nie wyglądają, bo żaden kolor nie odpowiada prawdzie.


 A co z tymi grubaskami i tajemniczym Jumbo.
Hmm....no cóż....
Biegam sobie w wolnych chwilach po przepastnych zasobach internetowych i podczas jednej z takich przebieżek trafiłam do Tysi z Yarn and Art (zresztą wpisałam się na candy, zerknijcie sobie na mój boczny pasek), a tam z kolei wpadłam na gorącą dyskusję pod postem. Temat był dla mnie odległy jak koniec Drogi Mlecznej, ale zafascynowana nie mogłam się oderwać. Nawet Szanowny załapał się na jednego newsa, bo nie mogłam mu tego nie przeczytać. Wiecie jak to jest, jak się np. przysłuchujecie rozmowie dwóch mechaników samochodowych, czy informatyków. Nie kumacie ni w ząb, ale ta poetyka dialogu, te wyrażenia branżowe, są jak narkotyk, nie można przejść obojętnie, Tak stało się i ze mną. A oto co mnie tam zatrzymało (cytuję za zgodą autorki, czyli e-welenki)

Rozbudowałam "Fantazję" i najwyższe przełożenie mam 1:20 ale "Fantazja" nie ma regulacji zespołu skrzydełka i naciąg, który chodził na niższych przełożeniach ma luzy na wyższych. Niby to nie przeszkadza ale od czasu do czasu jest lekki furkot i szpula nie kręci się równomiernie - konstrukcja Suzi eliminuje te niedogodności :)) No i ma dwa pedały co dla mnie jest również zachęcające :))
Zaś "Polonez" ma skrzydełko Jumbo do grubasów i przełożenie 1:25 niestety jeden pedał ale cena daje do myślenia.

Mogę się jedynie domyślić, że luzy na wyższych obrotach mogą spędzić sen z powiek, a i lekki furkot nie jest zbyt przyjemny. Posiadanie Jumbo do grubasków, też może być świetną kartą przetargową, ale pewnie brak pedała nie wynagradza tego wszystkiego. Jedyne co mi się ciśnie na usta:  NA LITOŚĆ WSZELAKĄ, O CZYM SIĘ DO MNIE ROZMAWIA ? :)))))

Oczywiście się dowiedziałam, czytając uważnie resztę komentarzy pod postem, ale Wam nie powiem.
Jeśli wiecie co poetka miała na myśli to piszcie. A może tylko dla mnie to jakieś tajemnicze zaklęcia, a cała reszta społeczeństwa wie o co chodzi?

A teraz część dziękczynna.



WIELKIE DZIĘKUJĘ ZA WSZYSTKIE WASZE GŁOSY ODDANE DO TEJ PORY NA MOJEGO BLOGA W KONKURSIE BLOG ROKU 2012. SPRAWIŁYŚCIE MI TYM MNÓSTWO RADOŚCI.

A ponieważ głosować można jeszcze do jutra do południa to niniejszym uśmiecham się szeroko, bo może jeszcze ktoś będzie chciał oddać swój głos. A sms można wysłać na numer 7122 w treści wpisując G00087 (to w środku to trzy zera), dochód z smsów zostanie przeznaczony na obozy rehabilitacyjne dla niepełnosprawnych dzieci a także dla dzieciaków z biedniejszych rodzin. Koszt to 1,23 zł


I wreszcie na koniec, tradycyjnie przypominam o konkursie na gorset .
 Dochodzą już do mnie przecieki, że próbujecie. Trochę czasu jeszcze jest, ale zegar tyka :)))) Nagrody czekają :)))))


czwartek, 24 stycznia 2013

Głosowanie na Blog Roku 2012




Od dziś możecie oddać swój głos na mojego bloga, który bierze udział w tym konkursie w kategorii Pasje i Zainteresowania.

Aby zagłosować wyślijcie  SMS na numer 7122,
w treści podając numer bloga. G00087

Koszt SMS to 1,23zł
Uwaga! W numerze bloga znak 0, to cyfra zero. Pamiętajcie także, aby nie wstawiać w sms spacji! 

Dochód z SMS zostanie przekazany na integracyjno - rehabilitacyjne obozy dla dzieci z ubogich rodzin i dzieci niepełnosprawnych

Pozwoliłam sobie wziąć udział w tej zabawie, bo mnie rozpuściłyście Waszymi licznymi odwiedzinami i komentarzami, i pomyślałam sobie, że nie ma siły, musicie mnie lubić :)))). Jeśli tak jest i macie ochotę na mnie zagłosować to nie krępujcie się :))))) Tym bardziej, że można połączyć przyjemne z pożytecznym.

Waszą obecnością  podniosłyście moją samoocenę, do poziomu wręcz nieprzyzwoitego. Dziękuję Wam za Waszą sympatię i oczywiście upominam się o jeszcze :)))))

Do zobaczenia już niedługo!
(no bo skończyłam chustę dla mamy, skończyłam sweter dla siebie, zaczęłam tunikę z boskiego fioletu i zerkam już niebezpiecznie często w stronę mego Łucznika :))

wtorek, 22 stycznia 2013

Najbardziej depresyjny dzień w roku

 .... na szczęście był wczoraj. A wyliczył to - jakżeby inaczej - pewien amerykański naukowiec i to już w 2004 roku. Amerykański uczony był zapewne bezrobotny i to bardzo, skoro chciało mu się przeprowadzać wielogodzinne i skomplikowane obliczenia z mnóstwem zmiennych (bo brał pod uwagę min: pogodę, wiek, stan zadłużenia, ogólne nastroje społeczne i jeszcze wiele, wiele innych równie porywających danych). No i wyszło mu, że 21 stycznia 2013 roku (czyli wczoraj) to najgorszy dzień ze wszystkich dni do tej pory. Po co mu ta wiedza była potrzebna - nie wiem. Ja nie chciałabym żyć w oczekiwaniu na najgorszy dzień w moim życiu. I pewnie ta informacja, którą zresztą przekazał mi z samego wczorajszego rana mój Szanowny Małżonek, uszłaby mojej uwadze, gdyby nie drobny fakt. A mianowicie - TO BYŁ NAJBARDZIEJ DEPRESYJNY DZIEŃ DLA MNIE (na szczęście tylko w tym roku, bo naprawdę gorsze nieszczęścia chodzą po ludziach). Chociaż nie będę nadużywać słowa "depresja", bo używa się go aż nazbyt często. Poprzestanę na wyrażeniu "bardzo, ale to bardzo niemiły dzień i to zupełnie bez jakiegokolwiek powodu".

 A zaczęło się parę dni temu, kiedy to od niechcenia rzuciłam w stronę mego lubego niewinne, w moim mniemaniu zapytanie: A może byśmy się przejechali do pasmanterii w celu zakupienia włóczki na sweterek i skarpetki? Tu, celem wyjaśnienia, należy powiedzieć, że nie chodziło mi o moją rodzimą pasmanterię, gdzie można kupić jedynie gumę do majtek w ilościach hurtowych, lub stanik zrobiony z dwóch beretów i rzeczonej gumki. O nie! Chodziło mi o wyprawę do oddalonego o 17 km sklepu, który to ma wszystko, co mi jest do szczęścia osobistego potrzebne. Ślubny zapewne został zaskoczony pytaniem, co widać było po dość błądzącym wzroku, tak brutalnie oderwanym od pasjonującego programu w TV, że się na chwilę zawiesił, po czym zaczął coś mętnie tłumaczyć, że może nie dziś, może jutro, albo za parę dni, bo dziś brzydka pogoda (a jakiej się spodziewa w styczniu!) i kupa śniegu na drogach (a co ma być w styczniu - stokrotki?), no i że w ogóle, że może po niedzieli, no i takie tam inne dygresje zniechęcające.

  Dygresje zadziałały. Odechciało mi się. Wzięłam się z powrotem za chustę dla mamy (chusta z akrylu miodowego, na który juz patrzeć nie mogę, bo się mi przejadł ciut, choć miły w dotyku i kolorze). No i tak mijały dni na robieniu chusty i marzeniach o pięknej włóczce z dużym dodatkiem wełny (na czystą wełnę to mnie jeszcze nie stać, ale marzę, marzę). Aż nadszedł poniedziałek!

   Ślubny chyba już coś przeczuwał, bo na dzień dobry powiedział mi "A ty to jakaś zdenerwowana jesteś?".
Odpowiedziałam, zgodnie z prawdą, że nie. Ale on drążył, no bo mu się przecież nie wydawało. A jak tak drążył  no to się dodrążył. Dostało mu się za całokształt. Tu wyliczam kolejno: okruchy na blacie kuchennym, mokre talerze na blacie kuchennym, nie odkładanie na miejsce, tego co akurat ma odłożyć, a w ogóle to chrapie, wnosi błoto do domu, ciągle go nie ma a ja już mam dosyć gotowania i na obiad niech sobie zje kanapki. Jednym słowem - wszystkie koszmary kury domowej, sfrustrowanej, znudzonej i ogólnie niedorobionej życiowej pierdoły, czyli mnie :))). Biedactwo czem prędzej czmychnęło z domu do bliżej nieokreślonych zajęć, by tylko nie nawinąć się pod siekierę frustratki, a ja spokojnie ukroiłam sobie kawałek palca wraz z bułką na śniadanie, nabiłam sobie dwa siniaki, bo się okazało, że nie mieszczę się już we własnym domu i wylałam kawę na te okruchy na blacie kuchennym no i na świerzo założone spodnie. Ale, że ziarno zostało posiane, tak gdzieś koło południa Ślubny się złamał psychicznie i przez telefon, drżącym głosem poinformował, że możemy po tych kanapkach na obiad pojechać do pasmanterii, żebym -  tu cytuję -  "się odstresowała". No to pojechaliśmy i się odstresowałam :)))



 A tam jak w raju. Cała ściana w cudach i niewidach. Macałam jak szalona (chwała, że nie było kartki, iż towar macany należy do macanta, bo nie starczyłoby banknotów emitowanych przez NBP).  W dodatku Pani Ekspedientka bardzo miła i kompetentna i oprócz słów wypowiadanych namiętnie przez moją, lokalną panią sklepową (małe litery celowo) - nie ma! -, potrafi się wypowiedzieć na temat każdej włóczki oraz terminów kolejnych dostaw. Mało tego. Sama drutująca również, więc wymiana ciekawostek i nowości w temacie "druty i techniki drutowania" odbyła się tak jakoś automatycznie i z pełnym zaangażowaniem. Mąż jeszcze się chyba w życiu tak nie wynudził, co mnie trochę martwi, bo może nabrać wstrętu do pasmanterii, a to odbyłoby się ze szkodą dla mego organizmu, ale bądźmy dobrej myśli.



 Wyszłam z tego Sezamu z sześcioma motkami włóczki YarnArt Tweed w kolorze fioletu (wełna 30% +akryl 70%) z przeznaczeniem na kardigan, sweter, tunikę ( jednym słowem nie wiem co mi w trakcie wyjdzie), oraz z dwoma motkami na skarpety, które to widac powyżej. Jednym słowem - Przeszczęśliwam!
Fiolet juz dziergam, jednak będzie tunika l z Sabriny 4/2008, choć może jeszcze nie zdradzę jaki model, bo jak dojdzie do prucia i zmiany koncepcji to się będę musiała tłumaczyć. Dzierga się rewelacyjnie. Takie to mięciutkie i przyjemne, że w zasadzie to siedzę i się miziam zamiast wziąć się za robotę.


Dziergam też chustę dla mamy (mamo nie bój się, dokończę, tylko teraz idzie powoli, bo mam na drucie juz około 300 oczek i przerobienie jednego rzędu to jak nawijanie spagetti na zapałkę), więc fioletowe dziergadełko traktuję jako krótką terapię po tej miodowej inwazji oczek :)



Aaaa i jeszcze muszę namawiać kotkę, żeby się jednak zainteresowała jakąś włoczką, bo mi skapcanieje do końca, lub co gorsza upasie się na amen i żadne diety nie pomogą.


A tak na serio. Jeśli NAJBARDZIEJ DEPRESYJNY DZIEŃ ma wyglądać tak jak u mnie to nie mam nic przeciwko temu. Gdyby tylko takie historie się ludziom przydarzały, to na pewno byłoby weselej na ulicach, a i może lokalna pani sklepowa porzuciłaby odległą już epokę PRL-u i nauczyłaby się mówić ludzkim głosem :)))))
A swoją drogą jestem ciekawa jak wyglądał Wasz wczorajszy dzień?


PS.
Oczywiście zachęcam do wzięcia udzialu w spontanicznej akcji szycia gorsetu, w której to organizator (czyli ja) przewidział nawet nagrody-niespodzianki :))))

PS nr 2
Powoli, ale to bardzo powoli zaczynam tęsknic za maszyną :)



poniedziałek, 14 stycznia 2013

Co zrobić jak się człowiek pogniewa.....

...na maszynę do szycia?

Dopadła mnie odraza i wstręt na widok tego sprzętu domowego, tych wszystkich ścinków walających się dookoła, tych niteczek wyciąganych z różnych dziwnych miejsc  (na ten przykład z zupy -  właśnie zapodanej Szanownemu Małżonkowi), tych ciągłych przymiarek, rozbieranek, ubieranek i innej gimnastyki korekcyjnej.
Zamarzyła mi się robota cicha, spokojna, pozwalająca na jednoczesne oglądanie telewizji i prowadzenie uczonych rozmów ze współmałżonkiem bez konieczności używania tuby czy innego megafonu.
Przeprosiłam się więc  z drutami!
Nie były na mnie jakoś specjalnie obrażone, choć robota na nich zaczęta leżała już ze cztery miesiące. Zapasy włóczki też pozwalały na zaspokojenie nagłego głodu dziewiarskiego. Nie czekając za długo wzięłam się za robotę.
A co ja sobie upajtałam? Ano nieśmiertelnie nam obecnie panujące chusty, które to namiętnie i z ogromnym zapamiętaniem propaguje Intensywnie Kreatywna Agnieszka

Wzór znalazłam na Ravelry - Chusta Echo flower, wydrukowałam, podejrzałam u Agnieszki jak się za to wziąć i się wzięłam.. Dwa dni z obłędem w oczach i przy akompaniamencie zgrzytania zębów Ślubnego (no bo jak Ty tak ciągle możesz dłubać) i powstało cudo nad cudami. Kolor miodowy (przynajmniej na żywo), leciutkie, milutkie i ażurowe. Jedyne odstępstwo od oryginału to grubość włóczki, bo zalecają cieniznę 700m/ 100g, a moja to zwykły, plebejski akryl o długości 340m/100g, ale dzięki temu powtarzałam wzór "tylko" 9 razy a nie trzynaście (bo leniwa trochę jestem). Użyłam drutów nr 5 i zużyłam cały motek 100g (zostało mi dokładnie 1,5 metra). Chusta ma rozmiar 160 na 70 cm i  miała już swoją premierę, bo zaraz na drugi dzień po jej skończeniu poleciałam do pasmanterii po kolejny moteczek na nową chustę i pani zza lady mało się nie zaśliniła na jej widok, co spowodowało u mnie wzrost ego do poziomu niemożebnego :)




A to druga chusta zrobiona z rozpędu, by mi czasem entuzjazm nie opadł. Nazywa się  Enzian i też znalazłam ją na Ravelry. Ta sama grubość włóczki (choć tym razem kolor ecru) i drutów co poprzednia, ale z racji wzoru wyszła większa - jakieś 170/85 cm. Jeszcze nie śmigana, ale pięknie wygląda na moim Retro płaszczyku.




Skoro się już tak rozpędziłam z tym pokazywanie moich dziergadełek, to zerknijcie łaskawym okien na to wielkie swetrzysko. Co prawda ma już rok i parę razy zaliczyło pranie, ale nic nie straciło ze swojego uroku, ani tym bardziej nie zgubiło swoich zdolności grzewczych - wełna z dodatkiem czegoś , czego to już nie pamiętam. Kolor bardziej jak na tych bocznych zdjęciach. A robiłam go w/g wzoru z Sandry 12/2006, model 9. Jest gruby, mięsisty i wyglądam w nim trochę jak napompowana, ale nie zamieniłabym go na żadne inne cudo. Jest baaaardzo ciepły!



A na koniec sielskie zdjęcia mojego psa  w pięknych okolicznościach przyrody.





No i już tak zupełnie na koniec przypominam łaskawie o Pierwszym Konkursie Pod Moim Wezwaniem
Przebieram już niecierpliwie nóżkami  w oczekiwaniu na Wasze propozycje :)



czwartek, 10 stycznia 2013

Klub "Gorseciary" - szczegółowe wytyczne :)

Piszę dziś posta regulaminowego, dotyczącego oczywiście mojego konkursu na odzież wierzchnio-spodnią, obciskającą lub nie - czyli w sprawie gorsetu. A piszę ponieważ ogłaszając akcję jakoś nie bardzo chciało mi się dokładnie pomyśleć nad zasadami (bo ja to raczej taka humanistka, i wszystko co mi się kojarzy z porządkiem i zasadami jakoś mi się źle kojarzy :))). Ale na szczęście istnieją jeszcze na świecie inne osoby oprócz mnie, i są one żywo zainteresowane tematem konkursu (co mnie raduje jak słoneczna pogoda), więc należy im dostarczyć to czego ode mnie oczekują. Dlatego z szacunku dla moich wiernych czytelniczek przedstawiam ujednolicone zasady zabawy.



1. Należy uszyć gorset..
    - kat. I gorset pełny
    - kat. II tzw.. "underbust", czyli obejmujący jedynie talię

Można zgłosić  i gorset pełny i underbust, czyli można wziąć udział w obu kategoriach. Jeśli jednak któraś z Was tak się zapamięta w procesie twórczym i przyśle mi dwa uszytki z tej samej kategorii, grzecznie ją poproszę o zdecydowanie się na jeden model :)

Szyjemy gorset  jako oddzielną część garderoby, czyli odkładamy na razie sukienki z gorsetem, bluzki gorsetowe i wszystko inne co ma coś tam do tego gorsetu doszyte :)))

Gorset lub underbust  może być wybitnie korygujący z fiszbinami itp lub jako rzecz ozdobna, służąca li jedynie naszemu dobremu samopoczuciu, noszona wręcz na wierzchu.
 
2.. Przesyłamy zdjęcie na moją skrzynkę wioletta.raczek@onet.pl. a wraz z nim zdjęcie z procesu szycia (jako dokumentację potwierdzającą, że same sobie uszyłyśmy, bez pomocy np.zakupów w popularnej sieci handlowej). Dziewczęta posiadające bloga, mogą przesłać link do swojego postu, w który opisują  proces stworzenia (zakładam, że będą się tym chciały podzielić także ze swoimi czytelniczkami). I jeszcze jedna nowość, proszę o podanie w mailu swojego rozmiaru, w wersji literkowej, czyli czy S, czy M, czy co tam mamy na metkach. Przyda się do nagrody niespodzianki :)))

3. Zdjęcia przesyłamy do 2 marca obecnie panującego nam roku - do północy.  Wyniki ogłoszę 4 marca, a nagrodzone Panie niezwłocznie  powiadomię o tym istotnym fakcie e-mailem z prośbą o przesłanie adresu pocztowego.

No, to myślę, że trochę rozjaśniłam. Jak nie - to piszcie, będę się gęsto tłumaczyć.
A na zachętę zamieszczam dwa linki, dzięki uprzejmości właścicielki Zapomnianej Pracowni (której imienia nigdzie nie mogę znaleźć :)), która chyba na razie nie bierze udziału w imprezie (może się da namówić:), ale wiernie kibicuje i podrzuca mi cenne wskazówki, za co kłaniam się w pas. Zajrzyjcie, może coś się z tego Wam przyda (blog po angielsku, ale sporo zdjęć).

Jak szyję gorset
Jak zrobić wykrój na gorset typu "underbust"?
  

poniedziałek, 7 stycznia 2013

Pierwsze posiedzenie ogólnokrajowego Klubu "Gorseciary"

zdjęcie pochodzi ze strony www.kocurkowerozmyslaniaudanulki.blox.pl
Moje drogie Czytelniczki, Przeglądaczki i Komentatorki!
W związku z ogromnym zainteresowaniem tematem gorsetów wywołanym przez mój wpis "I've Gatta dress" postanowiłam ogłosić coś na kształt spontanicznej akcji mającej na celu zwarcie naszych szeregów i dającej szansę wykazania się talentem krawieckim.A co należy zrobić - ano uszyć gorset!  A oto szczegóły:


1. Kategoria I - szyjemy gorset "underbust", czyli po naszemu pas gorsetowy kończący się pod biustem a wyglądający mniej więcej tak

Zdjęcie pochodzi ze strony www.papavero.pl
 2. Kategoria II - szyjemy pełny gorset, który to nam ściska wszystko łącznie z biodrami i piersiami, a wygląda on mniej więcej tak

Zdjęcie pochodzi ze strony www.e-lady.pl
Oczywiście przedstawiłam tu modele przykładowe, bowiem to jak one będą wyglądać zależy od Was. Czy będzie to model frywolny z wstążeczkami, koronkami, atłasami itp., czy może wersja kryzysowa, bardziej adekwatna do tego co obecnie mamy w portfelach - nie ma znaczenia. Możecie uszyć model wybitnie praktyczny, zakładany pod ubranie lub coś na wierzch jako oddzielną część garderoby. Może być na fiszbinach lub bez. Co Wam w duszy gra!

Zdjęcia swoich prac przesyłajcie na moją skrzynkę wioletta.raczek@onet.pl do dnia 2 marca, do północy, a ja na bieżąco będę je umieszczać u siebie. I zamieśćcie w mailu link do swojego bloga (bo zakładam, że zechcecie pochwalić się jak powstawało to dzieło), a jeśli bloga nie posiadacie, to proszę o przesłanie jednego zdjęcia dokumentującego proces szycia. Z każdej kategorii wybiorę po jednym modelu i dumne twórczynie zostaną przeze mnie uhonorowane tytułem Pierwszej Gorseciary Rzeczpospolitej Polskiej oraz, (żeby nie było, że narobicie się tylko za dobre słowo), otrzymają prezenciki-niespodzianki, które idealnie będą się nadawały do noszenia w komplecie z gorsetem.

Wyniki akcji ogłoszę 3 marca, tak aby prezenty zdążyły dotrzeć na Dzień Kobiet - bo choć wszystkie się zarzekamy, że to święto komunistyczne i że beee i w ogóle, to każda liczy na tego zdechłego goździka i tabliczkę czekolady (ja też! :)).
Po cichu liczę, że się nie przestraszycie, i znajdą się choć ze dwie odważne, które będę mogła nagrodzić. To naprawdę nie jest takie trudne, tylko tak wygląda :).

A tymczasem biegnę do mojego raglana, którego mam już serdecznie dosyć, ale przecież go nie zostawię na pastwę losu i moli, kiedyś trzeba go skończyć :))

czwartek, 3 stycznia 2013

Pierdołą być.....





.....czyli jak zadebiutowałam w roli kupującego na allegro i dlaczego przez to nie mogłam spać dwa dni :)

Łażę sobie po Waszych blogach, oglądam te wszystkie cuda, które szyjecie i co i raz zachwycam się jakimś materiałem, który tam ujrzę. Jak ładnie poproszę to się nawet dowiem skąd on się tam u Was wziął. No i wychodzi, że w większości wziął się z allegro. A ponieważ ja taka sroczka jestem i też bym tak chciała, postanowiłam założyć sobie wreszcie konto na tej wszechobecnej platformie, co niezwłocznie uczyniłam kilka dni przed Sylwkiem. Poszło gładko i do szczęścia brakowało mi tylko czarodziejskiego zaklęcia w postaci kodu (aktywującego moje konto), które to zaklęcie miało przyjść na mój adres pocztą i przyszło - dokładnie w Sylwestra.

No to siędłam do komputera, zalogowałam się, wcześniej przeczytawszy wszystkie regulaminy i instrukcje, wbiłam kod, ekran zamigotał wesołym napisem "Twoje konto jest aktywne. Zapraszamy do zakupów", więc równie radośnie za te zakupy się wzięłam.
Od razu ruszyłam w dział tekstylny, do z góry upatrzonego sprzedawcy (którego to poleciła mi Renia z  "Czasem trzeba" ) i dawaj wybierać, bo było z czego. No i tu się skończyło moje ogierowanie, bo jak już chciałam zatwierdzić moje zakupy w koszyku to mi allegro łaskawie powiedziało, że kupować to ja mogę sobie gdzie indziej, bo u nich to ja mam nierozliczone poprzednie rachunki i nic mi nie sprzedadzą aż zapłacę. Jeeeezuuu! Jakie rachunki! Toż ja mam konto od 15 minut i naprawdę w trakcie wybierania nie piłam żadnej wódy (choć to Sylwester był), żebym nie pamiętała, że coś już kupiłam. Po tej informacji to się już napiłam.
Cztery razy próbowałam zrobić zamówienie i cztery razy ukazało mi się to ohydztwo na ekranie. Poddałam się. Wyłączyłam komputer, tą przyczynę mej niedoli i poszłam zalać smutki, no bo przecież Sylwester.

Ale sumienie gryzło. No to dawaj od początku. Logowanie i czytanie regulaminu , w którym jak wół było napisane, że od któregoś tam listopada można dodawać do koszyka rzeczy z etykietą Kup teraz i dopiero po wybraniu ich wszystkich ogólnie je zatwierdzić - co bezskutecznie robiłam. Więc skoro nie można nogą to może można kijem. Wybrałam co mnie interesowało i kliknęłam Kup teraz....i o matko....pojawiło mi się nowe okienko, którego jeszcze nie widziałam. No to podbudowana tym zdarzeniem chciałam wrócić do mego sprzedawcy by znów coś wybrać, ale mnie wylogowało. Więc od początku. logowanie, szukanie i etc.
Oszczędzę dalszych szczegółów. Efekt był taki, że kupiłam połowę tego co chciałam, bo w pewnym momencie ekran ponownie zamigotał wesoło i tym razem mi powiedział, że wydałam już 66 zł i więcej nie mogę (lepszy niż mój Szanowny, który ma jednak większy limit wytrzymałości jeśli chodzi o wysokość moich wydatków) i kazał mi wybrać sposób płatności. Aaa, jeszcze... w międzyczasie dostałam trzy e-maile, a propos moich zakupów, które to wprowadziły mnie w stan przedzawałowy, bo wynikało z nich, że odwiedzi mnie trzech kurierów, każdy z jedną paczką i jedną sztuką materiału, no i każdemu muszę zapłacić 13 zł za dostawę!!! Panika moja udzieliła się i Szanownemu i kici mojej bardzo podatnej na wahania nastroju, a i pies wyglądał na przerażonego. Co ja tam nie wyprawiałam na tym moim koncie, żeby się dowiedzieli, że ja chcę to wszystko w jednej paczce, przecież kupuje od tej samej firmy. Efekt tego mojego klikania we wszystko co się dało był taki, że wyszły mi dwie paczki i dwie opłaty za kuriera.  Dalej walczyć nie miałam siły. Zostawiłam tak jak było, licząc jednak na inteligencję osób pracujących w tej firmie i poszłam dalej pić (no bo Sylwester).

Dwa dni i trzy noce minęły i ku memu ogromnemu zadowoleniu dostałam dziś informację, że moja paczuszka (JEDNA) już do mnie bieży w objęciach pana kuriera i lada chwila będę się napawać widokiem nowych szmatek. Jednak " mądre ludzie" tam pracują i niegroźna im taka dziunia co nie wie jak zamówić.


A w paczuszce była wełniana dzianina elastyczna, ale niezbyt rozciągliwa, bardzo miła w dotyku, cieplutka, w sam raz na jakąś zimową kiecuszkę w dwóch kolorach zielono-czarnym i żółto-czarnym i do tego akryl z wełną w kolorze podobno łososiowym, ale w rzeczywistości to raczej różowo -łososiowy idealny na żakiet w stylu Chanel, który jakiś czas już za mną chodzi.
No i teraz mam zagwozdkę, bo znalazłam już fajny wykrój na Papavero, o taki,




..ale muszę go trochę zmodyfikować.
Sukienka przewidziana jest do uszycia z bardzo elastycznej dzianiny. Luz w obwodzie to minus 5 centymetrów, co oznacza, że wymiar gotowej sukienki jest aż o 5 centymetrów węższy niż rzeczywiste wymiary krawcowej. Wydrukowałam więc rozmiar większy niż zwykle (porównując moje wymiary  z rozmiarówką papavero, ale jak to wszystko pomierzyłam to i tak wyszło, że będzie na ściski, czego nie lubię. Brakuje mi, jak zwykle, w biuście 3 centymetry, tak żeby przylegała do ciała, ale nie była obciskająca, no i 3 cm w szerokości rękawa tuz przy paszce (bo tak jak jest teraz, to chyba nawet się w niego nie wbiję.
No i tak sobie myślę, czy jest sens drukować jeszcze większy rozmiar, co poskutkuje tym, iż do bioder będę sobie musiała przywiązać jakieś wypychacze, a i tak pewnie zabraknie mi luzu w cyckach czy po prostu dodać po dodatkowym centymetrze  do każdego szwu i trochę obniżyć pachę (bo teraz pacha ma szerokość 16 cm a mi potrzeba 19, żeby mi oczy na wierzch nie wychodziły), nie mówiąc o tym, że po prostu szkoda mi naszych pięknych polskich lasów na kolejne kartki, które być może wyrzucę. Także dziewczyny, czekam na podpowiedzi, bo mnie już jakaś cholera bierze lub inne dziadostwo, jak sobie pomyślę, że mogę zmarnować z takim trudem zdobytą wełenkę.

Aaaa, a jeśli któraś z Was zechce mnie oświecić w sprawie robienia zakupów na allegro bez każdorazowego konsultowania się z lekarzem pierwszego kontaktu, będę niezmiernie wdzięczna.