sobota, 28 grudnia 2013

Ki diabeł...

... mnie podkusił, żeby się tak umęczyć nad maszyną i to zaraz po świętach, kiedy jak wiadomo nawet siedzenie przy stole męczy. I zamiast sobie poleżeć, jak każdy szanujący się polak "żeby się sadełko zawiązało", to ja w te pędy do maszyny, bo przez taką pewną Lilianę musiałam koniecznie czegoś spróbować. A mowa jest o "paper piecing'u" a mówiąc po naszemu o pewnej odmianie patchworku, w którym główną rolę odgrywa papier. Na onym papierze drukuje się wybrany wzór (w moim wypadku wygrzebany z netu, bo tworzyć w programach graficznych to ja jeszcze nie umieju), pod papier podkłada się materiał i szyje po wydrukowanych liniach. Nie podejmuję się szerszego tłumaczenia bo Liliana zrobiła to doskonale i u niej możecie sobie to wszystko oblukać.
  Ja się tyle naoglądałam po obcych ludziach tych wytworów, że prawie byłam gotowa wyszywać tą metodą "Bitwę pod Grunwaldem", bo takie proste mi się to wydawało. Na szczęście rozsądek odezwał się dosłownie w ostatniej chwili i wydrukowałam sobie jednak coś dla niewtajemniczonych. Schemat prosty (hę) jak budowa cepa - tak sobie pomyślałam - więc machnę go raz dwa i po sprawie. No i jak zaczęłam machać to machałam ze trzy godziny! Jakbym wiedziała jakie to upierdliwe to w ramach poświątecznej pokuty wolałabym przekopać ogródek.
Jedyny plus to fakt, że pierwszy raz przy szyciu spaliłam tyle kalorii, bo każdy szew oznacza prasowanie, a to z kolei oznacza bieganie  z kuchni do sypialni, bo w jednym pomieszczeniu nie mieszczą mi się i maszyna i deska do prasowania - taką mam hacjendę. Na szczęście efekt końcowy jest, powiedziałabym, zadowalający. Wyszło coś na kształt obrazka, bo po uszyciu wierzchu dodałam spodnią stronę a w środek wsadziłam resztę ocieplinę od mojego płaszcza i jeszcze to przepikowałam. Dodałam też jakieś pseudo-wieszaki i jak znajdę jakiś patyk to uznam projekt za zakończony. Na razie dynda to wszystko na drucie do robótek, bo jakoś to chciałam sfotografować. A wygląda tak:


Tak całkiem się nie zniechęciłam do tej roboty, szczerze mówiąc to mam nawet parę pomysłów jak takie coś wykorzystać w "szerszym ujęciu". Po prostu lojalnie ostrzegam potencjalne naśladowczynie, że trzeba mieć duuuuużo czasu i jeszcze więcej cierpliwości. Oczywiście trening czyni mistrza (jakoś strasznie chcę w to wierzyć), a że ścinków u każdej domorosłej krawcowej jest po kokardkę to aż szkoda tego nie wykorzystać.
  Oprócz robienia sobie krzywdy moralnej w trakcie odkrywania uroków "paper piecing'u" wyprodukowałam jeszcze dwie szyte zabawki, które niebawem polecą hen do Norwegii do dwóch małoletnich panów, żeby odstraszać zimowe smuteczki. Powstały kolejne wersje kota Filemona i ślimaka Turbo.









Przy okazji szycia odkryłam, że mój staaary Łucznik jest lepszy w sprawach pikowania niż moja Skwarka, ale za to z szyciem zygzakiem nie radzę sobie na jednej jak i na drugiej maszynie, co niestety ma odbicie w oczach Filemona. Tym samym składam niniejszym hołd wszystkim mistrzyniom pikowania i aplikowania wszelakich ozdób - jesteście wielkie :)

niedziela, 22 grudnia 2013

Turbo, Mądralińska i Filemon

 Niby mamy jakieś święta za pasem i powinnam, jak każda szanująca się pani domu, szaleć teraz ze szmatą i cifem po apartamentach, ale jakoś nie mogę się zmusić do tej daremnej roboty. Zamiast więc uchetac się po pachy i łykać na bolące plecy panadole w ilościach hurtowych, siadłam do maszyny, by wywiązać się z danego słowa pewnej Natalii.
 Owa rzeczona Natalia to urocza kosmetyczka, która ostatnio szpachlowała przeróżnymi specyfikami moją wciąż jeszcze młodą twarz, a że szpachlowanie było dość bolesne, próbowała odwrócić moją uwagę jakąś pogawędką.Tematy poruszane wystarczyłyby na nie jedną wizytę  w poczekalni u lekarza czy dentysty. Obgadałyśmy wszystkie znane nam bliżej lub dalej osoby, nie omijając naszych przyjaciółek. A że w trakcie rozmowy wyszły na jaw moje "rozliczne" talenty (czyli szycie, dzierganie, szydełkowanie i jakieś tam inne -anie) stanęło na tym, że Pani Kosmetyczka niecnie i bez skrupułów  wykorzysta mnie do stworzenia urodzinowego prezentu dla swojej przyjaciółki - Pani Fotograf. Pani Fotograf często uwiecznia małe dzieci, bo dumni rodzice bardzo chcą mieć pamiątkę bezzębnych dziąsełek i nieporadnie raczkujących nóżek, a zrobienie wyraźnego zdjęcia tegoż uzębienia jest prawie niemożliwe kiedy jego właściciel wyraża niczym nieskrępowane zainteresowanie wszystkim dookoła oprócz obiektywu aparatu. Jedynym rozwiązaniem tej trudnej sytuacji jest takie ozdobienie obiektywu by nic, oprócz niego, nie było w stanie przyciągnąć uwagi rozbieganych, małoletnich oczu. Zadania się podjęłam z chęcią i radością, choć szybko mi przeszło kiedy wzięłam się do pracy. Dłubanie takich duperelów to jednak za dużo jak na moje sterane nerwy. I choć udało mi się zrobić jakiegoś kwiatka i coś na kształt misia, to oddając to w ręce Natalii wiedziałam, że to badziew i żenada. Niestety czas nie pozwalał mi na eksperymenty, bo prezent miał być urodzinowy a urodzin nie da się zaplanować trochę później, więc solennie obiecałam, że jest to tylko taka "zapchajdziura", a jak tylko złapię chwilę oddechu to przygotuję taki prezent, że i mucha w końcu usiądzie z  zachwytu.
 Chwila oddechu nadeszła więc i prezent się wykonał. Oczywiście darowałam sobie szydełka i druty i jak Pan Bóg przykazał prezent uszyłam. Mam zatem przyjemność przedstawić Wam ślimaka Turbo, sowę Mądralińską i kota Filemona.





Nigdy w życiu nie szyłam tild, pacynek czy innych szmacianek. Jakoś się nie widziałam w tym temacie i powiem Wam szczerze nie widzę się i dziś. Owszem jestem zadowolona z efektu (choć są pewne niedoróbki), bo jak na debiut lepiej by być nie mogło, ale niech mi nikt nie mówi, że trudniej uszyć żakiet niż wypchaną zabawkę. Obrabianie takich drobiazgów to nie na moje nerwy. Ani się tu rozpędzić, ani za co złapać, nie mówiąc o tym, że ciągle jakieś zakręty i zero prostych linii do szycia. Dorzućcie sobie do tego docisk stopki, którego nie można wyłączyć, bo mu się coś odwidziało ( ząbki dały się opuścić, bo tak to by była kicha) i gotowy przepis na katastrofę. Na szczęście to co wyszło wynagrodziło mi te moje frustracje i mam nadzieję, że przyciągną uwagę maluchów bardziej niż specjalistyczne oświetlenie studia fotograficznego.













Najfajniejszą zabawę miałam przy wypychaniu tych cudaków. Takie nadziewanie  świetnie się sprawdza przy oglądaniu skoków narciarskich, bo oczy zajęte szybującymi zawodnikami a  ręce nie pozostają bezczynne, więc nie mamy poczucia traconego czasu na oglądanie telewizji.
 Z technicznych wiadomości należy dodać, że każda pacynka ma od spodu doszytą gumkę w tuneliku tak aby pasowała na różnego rodzaju obiektywy. Nic tylko zakładać i pstrykać sweet focie z rąsi.
 Stworki udadzą się dopiero  jutro do salonu kosmetycznego w celu dostarczenia ich do miejsca docelowego, więc nie mogę się z Wam jeszcze powiedzieć o ich entuzjastycznym przyjęciu, ale jestem pewna, że takowe będzie miało miejsce :)

 Jeśli chodzi o szyciowe sprawy to dziś już więcej nic dla Was nie mam, a ponieważ jest to mój ostatni wpis przed świętami a pewnie i Nowym Rokiem to pozwolę sobie złożyć Wam świąteczne życzenia. I nie będę tu po kolei wymieniać czego życzę, bo zajęłoby to pewnie ze dwie strony A4, a z resztą każda z Was ma inne potrzeby i pragnienia, więc ja skromnie życzę tylko byście dostały to o co prosicie.

Buziaki!

P.S. I chciałam Wam podziękować za wszystkie urodzinowe życzenia. Tyle miłych słów dostałam, i tak mi się to spodobało, że urodziny będę świętować co tydzień :))) DZIĘKUJĘ!

niedziela, 8 grudnia 2013

O słodka dekadencjo!





Uwaga! Dziś będzie filozoficznie. Oczywiście w granicach przyzwoitości, nie chcę żebyście zasnęły z nudów w trakcie lektury. Zresztą na filozofa średnio się nadaję, bo po pierwsze jeszcze żyję, a większość filozofów, którzy obili mi się kiedyś o uszy już dawno użyźniło naszą Matkę Ziemię, a po drugie nie palę fajki co też nieodmiennie kojarzy mi się z tą profesją. Za to, z tą dziedziną nauki łączy mnie umiłowanie do wszelkiego rodzaju dzianiny (a jak wiadomo każdy szanujący się filozof nosi rozciągnięty sweter) no i okulary, bo każdy szanujący się filozof musi mieć słaby wzrok z racji namiętnego zaczytywania się w dziełach innych szanujących się filozofów. Na tym podobieństwa by się kończyły.
  Ale filozoficznie będzie z jeszcze jednego powodu. Mianowicie jutro są moje urodziny. I to nie byle jakieś tam urodziny a mianowicie niesamowicie poważne, dostojne i wcale nie tak wyczekiwane CZTERDZIESTE URODZINY.  I choćbym nie wiem jak sprawdzała dowód, metrykę i inne NIP-y i pesele wychodzi jak w pysk 40 lat. Najgorsze jest to , że nijak mi to nie pasuje do tej gęby co ją codziennie widzę w lustrze, nie mówiąc o tym, co ta gęba ma pod sufitem, bo tam ciągle siedzi dziewczyna co ma niewiele więcej niż 20 wiosen. Na szczęście są pewne plusy, które niosą tak szacowne urodziny. Otóż od jutra mogę bezkarnie jęczeć i stękać, że mnie coś boli, że jestem zmęczona, że nie mogę, że mi się nie chce i że chyba muszę odpocząć. W końcu po CZTERDZIESTCE mam prawo do gorszego dnia. Od jutra nikt mi nie zarzuci, że biegam do fryzjera i kosmetyczki i wydaję jakieś dzikie sumy na czarodziejskie zabiegi, bo po CZTERDZIESTCE trzeba już bardziej o siebie dbać. Nikt mnie nie będzie wyganiał z łazienki (czyt. Szanowny Małżonek), bo siedzę tam już pół godziny i ani myślę wyjść, bo przecież po CZTERDZIESTCE zrobienie z siebie osobnika podobnego do przedstawiciela Homo sapiens zajmuje coraz więcej czasu. No i na koniec najlepsze - od jutra mogę robić wszystko co mi tylko przyjdzie głupiego do głowy - bo przecież mam KRYZYS WIEKU ŚREDNIEGO. Jak dla mnie bomba! I już zaczynam żałować, że czterdziestka jest tylko raz i pewnie trzeba się będzie kiedyś ustatkować. Chociaż może i niekoniecznie, bo przecież kiedyś będą i pięćdziesiąte i mam nadzieję inne -siąte urodziny, więc okazji do robienia głupich rzeczy mam jeszcze mnóstwo.
  No, to tyle jeśli chodzi o filozoficzne rozważania typu "dokąd zmierzamy" weźmy się raczej za to co widać na zdjęciach. A widać, że sweterek się udziergał. Dziergał się długo, bo parę miesięcy, bo zaczęłam go kiedy jeszcze dało się wyjść na dwór (dla mieszkanek innych rejonów niż mazowieckie - na pole) w krótkim rękawie bez obawy o darmową krioterapię. Upał za oknem nie komponuje się za bardzo z robieniem na drutach, dlatego swoje odleżał. Przód i tył robiłam metodą entrelac, bo zazdrościłam różnym dziewczynom, że sobie zrobiły chusty w ten sposób. Ja chusty nie chciałam, bo jak szalikowiec jestem, ale chciałam sweter, więc po pewnej modyfikacji metody zrobiłam sobie to co chciałam


Włóczka to mieszanka akrylu i czegoś w rodzaju mohairu, trochę gryzie, ale za to grzeje jak niezłe futerko (choć włóczka raczej cienka a i sweter nie za gruby). Prałam w pralce, bo ręcznego nie cierpię i nic się z tym nie stało. Tak samo długi i szeroki jak był przed praniem. Aha, włóczka z firmy YarnArt. Dobrze się robiło, ale nie podobają mi się przejścia między kolorami a w zasadzie ich brak, bo jak widać jeden kolor ciach i zaraz zaczyna się drugi. Ble! Może kiedyś kupię sobie droższą i ładniejszą włóczkę, póki co noszę to coś, bo na zimę jak znalazł (co widać na ostatnim zdjęciu)

 

Tą podobizną "potwora z Loch Ness" kończę dzisiejszą rozprawkę a jak by mnie za długo tu nie było to pewnikiem pojechałam "do wód", bo po CZTERDZIESTCE każdemu kiedyś puszczają nerwy :)

niedziela, 17 listopada 2013

Miałam ci ja prostokąt

Od razu krzyczę, że przepraszam. I to z dwóch powodów. Po pierwsze dzisiaj machnęłam tyle zdjęć, że pewnie zamulę Wam wasze komputery, ale bez nich moja pisanina byłaby niczym przysłowiowy budulec na psia budę. A po drugie to przepraszam jakatyę - wierną fankę mojej pisaniny, która stwierdziła, że choćbym nawet pisała o zszywaniu prostokątów to ona i tak by to przeczytała -  że zszywania prostokątów dziś nie będzie, choć sam prostokąt wystąpi i to w roli głównej. A mianowicie przerobię dziś tę figurę geometryczną na podkładkę pod talerz (uszytą w tzw. kopertę) na którym to talerzu z reguły podaję strawę mojemu Szanownemu Małżonkowi (czasami to i on mi też coś na tym talerzu zapoda, żeby nie było). Podkładka rzecz przydatna, bo oszczędza nerwów przy ewentualnym zeskrobywaniu zaschniętego żarcia z dębowego stołu za grube setki PLN-ów, a przy niezbyt smacznym posiłku pozwala odwrócić uwagę od niestrawnej strawy jakimś ciekawym elementem wykończenia. I nawet jak nam jakiś domorosły krytyk kulinarny  zarzuci, że zupa za słona, to przynajmniej możemy się odszczeknąć, że za to podana na własnoręcznie uszytej podkładce (do lepienia talerzy jeszcze nie dojrzałam, dlatego na razie zostanę przy bieliźnie stołowej). Sposób "na kopertę" polecam także do wykorzystania przy szyciu obrusa na święta - nie jednej teściowej karpik w gardle stanie  Ale do rzeczy.

Na podkładkę nadaje się właściwie każdy materiał, który jest w miarę sztywny. Oczywiście wielbicielom ekologii polecam len lub jego mieszanki, ale nada się też i gruba bawełna, lub inne jakieś wynalazki, byle grubsze.
Rozmiar gotowego wymiaru uzależniamy od rozmiarów naszych talerzy  (głodomory z wielkimi saganami mają przechlapane) dlatego nie podaję tu zużycia szmatki, bo każda machnie sobie taką jak jej się podoba. Kwestią dość istotną jest szerokość zakładu "doopkoła" tego naszego dzieła. Ja lubię szeeeerokie, bo ładnie wyglądają i w ogóle:) i przy mojej podkładce zrobiłam podwójny zakład na cztery cm, co oznacza, że do szerokości i długości prostokąta dodałam po 16 cm do końcowych wymiarów . Tak łopatologicznie to wygląda tak: jeśli mamy ochotę uszyć coś o wymiarach 20/30 i z zakładem na 4cm to nie oszczędzamy na materii i tniemy prostokąt o wymiarach 20+16 na 30+16, to powoduje, że na każdym boku mamy dodane po 8 cm, które złożone na pół dadzą nam 4 cm zakład. Z matematyki nigdy nie byłam mocna, więc z góry uprasza się o wyrozumiałość, jeśli to dość mętnie wygląda.

W celu rozjaśnienia lukamy na zdjęcie poniżej gdzie widnieją równo zaprasowane -  na razie pojedynczo - 8 cm zakłady



 Jak już sobie je zaprasujemy, to je sobie rozkładamy z powrotem. Dla lepszego widzenia linię zagięcia pociągnęłam ołówkiem



No i teraz składamy te nasze farfloce jeszcze raz na pół i jeszcze raz na pół i ponownie brutalnie traktujemy żelazkiem i otrzymujemy takie "cuś" jak na drugim zdjęciu.





 Znowu rozkładamy (głównie dziś będziemy składać i rozkładać ten materiał niczym meble z Ikei). I znów dla jasności linie zagięć pociągnęła byłam przyrządem piszącym.








To co widziałyście to pikuś w porównaniu z tym co teraz się zacznie :) Otóż musimy złożyć rożek w taki sposób aby ten widoczny na prawej stronie kwadracik zaznaczony szpilkami (powstał on ci z powodu zaprasowania) spotkał się z tymi przerywanymi liniami na lewej stronie i to jota w jotę. Jak sobie zerknięcie na zdjęcie powyżej to widać tam ukośną linię biegnącą przez skrzyżowanie wewnętrznych zaprasowań i tworzącą właśnie ten trójkącik, który zaginamy.







Jak już jakimś cudem to zrobimy, to przypominamy sobie o zaprasowanych podwójnie zakładach i zaginamy je w/g linii załamań (na zdjęciu to te czarodziejskie kreseczki). Zaginamy więc raz - prasujemy


 ..i zaginamy drugi raz - także prasujemy. No i wszystko byłoby cacy, gdyby nie ten pierdutek wystający nam z wnętrzności.


Nie ma siły, trza to rozłożyć i obciąć po tej linii, com ją tak pięknie wyrysowała Oczywiście postępujemy tak z każdym rogiem i jak się już narozkładamy, natniemy i naprasujemy to nasza podkładka powinna prezentować się tak jak na czwartym zdjęciu.






I kolejny stopień wtajemniczenia, czyli zszycie tych rogów na linii, którą pokazuję mojemi palcyma.





W tym celu zaznaczyłam sobie interesujące mnie wierzchołki szpilkami


Zęby po rozłożeniu (a nie mówiłam, że jeszcze będziemy rozkładać) wyrysować sobie o taką fajną, czerwoną kreskę wyznaczającą mi drogę szycia. Strzałką zaznaczony jest nasz czubeczek, który ukaże nam się po zszyciu i wywróceniu na prawą stronę.


Składamy więc sobie ten róg prawą stroną do prawej i zszywamy. Dla pewności można go przeciągnąć fastrygą, tak aby nic nam się podczas szycia nie przesuwało, bo będziemy szyć  w miejscu gdzie materiał układa się skośnie i ma tendencje do wyciągania się


No i zszyte...


... i przekręcone oraz ponownie potraktowane żelazkiem.


A tak wyglądają bebechy rożka równiutko rozłożone


Dla pewności spinam sobie rogi, żeby mi się dziady przez przypadek nie rozlazły no i sru pod maszynę aby równiutko przestebnować.


I jeśli byłyście dokładne i pilnie to Waszym oczętom powinien ukazać się taki oto obrazek

..i taki


...i taki

A jeśli przydarzy się Wam jakieś przesolenie kotleta, lub przypalenie wody na herbatę to i tak każdy mąż, narzeczony, kochanek będzie zachwycony, bo nawet najgorszy kulinarny wyrób podany na takim arcydziele, będzie smakował jak nie przymierzając ambrozja. A zatem..

SMACZNEGO!!!


piątek, 1 listopada 2013

Ku chwale ojczyzny

Po ostatnim worku, który Wam zaprezentowałam, dziś coś bardziej dopasowanego, a nawet śmiem powiedzieć, że jak na moje standardy to wręcz obcisłego. No i ku chwale ojczyzny, bo dobór kolorów taki bardziej patriotyczny mi wyszedł. Do wojska to mnie już raczej nie wezmą, ale za markietankę mogę jeszcze robić  (choć podejrzewam, że pewnie żaden pułk wojska się na mnie nie skusi, bo za dużo by kosztowało moje ubezpieczenie zdrowotne).

 A kiecka oczywiście z ostatniego "Szycia krok po kroku" 2/2013 model 3E, no bo skoro mnie tam pokazali, to choćby i żaden model nie wpadłby mi w oko, to i tak coś bym z niego uszyła, tylko po to, żeby się chwalić prawie całą stroną o  mnie :) Na szczęście coś mi tam jednak wpadło w oko, a szczególną zasługę w tym "wpadnięciu" ma Liwias, u której zobaczyłam tą kieckę i zapałałam ogromną chęcią posiadania jej na własność. Pomijam już fakt, że równie mocno zapałałam zazdrością na temat figury rzeczonej Liwiaski, ale figury to sobie na Skwarce nie uszyję, a ciucha jak najbardziej. Dlatego też zdusiłam w zarodku mordercze zapędy oraz porzuciłam poszukiwania miejsca jej zamieszkania  i po raz kolejny przegrzebałam przepastne czeluście półki ze szmatkami, aby wymacać piękną i mięciutką dzianinę w kolorze, hmmm.... śmietanowym i równie sympatyczny ceglasty ściągacz w sam raz na boczki. A na marginesie, oprócz półki z materiałami, mam tez półkę ze słodyczami, na której cudownym sposobem pojawiają się co i raz przeróżne delicyje, niezbyt dobrze robiące moim obwodom, ale za to świetnie wpływające na moje samopoczucie. Na tę półkę ze słodkościami zajrzałam zaraz po wygrzebaniu materiałów, bo nic tak dobrze nie robi przy obmyślaniu nowych szat jak kawusia i jakieś czekoladowe ciasteczko.

Zatem przedstawiam Państwu mnie w wydaniu okolicznościowym (nawet się umalowałam), tj. tuż po powrocie z cmentarza (kto by pomyślał, że można z niego wrócić - a jednak!)














Liwias pisała o przeróbkach których dokonała, ale jej zdjęcia przesłoniły mi treść jej wypowiedzi, więc niewiele mi z tego w głowie zostało, a powinno. Bez przeróbek się nie dało. I nie mówię tu o moim widzimisię w postaci dekoltu w serek ze ściągaczową pliską (plus delikatne ściągacze przy rękawach), bo przy moich "walorach" okołopłucnych i wciąż powiększającym się nie wiadomo czemu drugim podbródku (czyżby w Łochowie silniej działała grawitacja)  korzystniej wyglądam w takim właśnie fasonie. Oprócz tego musiałam skrócić długość przodu do talii, to samo z długością tyłu, do tego zwęzić sporo biodra, bo daleko mi do ideału niemieckiej Helgi (a dokładniej mam o 12 cm mniej w tym miejscu niż się Burdzie wydaje ) i ciachnąć ją po długości w ogóle, bo dyndała mi wokół nóg w jakimś dziwnym miejscu, a konkretnie przez środek kolana, no ni przypiął ni przyłapał. Nogi to owszem mam długie, ale kadłubek to raczej taki szerszy niż dłuższy. Na szczęście tyle jest cięć w tej sukience, że można sobie z niej zrobić normalnie drugą skórę. Ja aż tak się nie wygłupiałam, bo swojej skóry mam aż nadto i nie chciałam robić za dzidzię- piernik w biało- czerwonym kondomiku.








A dla tych z Was, które jednak nie podzielają mojego entuzjazmu w sprawie rzeczonej sukienki dedykuje zdjęcie pt. "Wyglądam w niej jak zza krzaka"


Pierwszy raz zresztą szyłam dzianinę. Naczytałam się o ściegach elastycznych, wąziutkich zygzakach i innych czarodziejskich sposobach na szycie takiego czegoś, ale moja Skwarka powiedziała, żebym se dała spokój i szyła normalnym ściegiem, lekko naciągając tkaninę, bo ona się nie będzie nadwyrężać, dlatego że mi się tak chce i żadne próby przestawienia ściegu na jakiś bardziej czarodziejski niż normalna stebnówka nie doprowadziły do naszego porozumienia. Poddałam się zatem i szyłam "zwyczajnie", co o dziwo nie wzbudziło żadnych sprzeciwów ze strony Jej Wysokości Skwarki.

Sukienka się podoba wszem i wobec, czyli mam na myśli męża, mamusię męża i pewnego pana z galerii handlowej, który szedł wraz ze swoją panią u boku i tak się na mnie gapił, że kopnął się własną nogą w ławkę stojącą nie wiadomo czemu na środku. W co pani kopnęła pana po tym jak już ich minęłam - nie wiem, bo z litości dla tego pana już się na niego nie patrzyłam.



sobota, 26 października 2013

Powrót córki marnotrawnej

.... choć raczej powinnam napisać - " Łooo matko, ile mnie tutaj nie było!!!"
To "niebycie" trwało tak długo, że zapomniałam jak się pisze nowego posta. Przez kilkanaście sekund gapiłam się jak wrona w gnat w ekran komputera (przy okazji zauważając, że przydałoby mu się porządne mycie) aż wreszcie trafiłam mym błędnym wzrokiem w odpowiednie miejsce. Także oto jestem i nadrabiam wszelkie zaległości.

Po pierwsze - jestem sławna. O sławie mej nie wiedzą chyba tylko na Grenlandii, bo reszta znajomych bliższych, dalszych lub całkiem odległych została przeze mnie zmuszona do oglądnięcia ostatniego numeru "Szycia krok po kroku" gdzie się "inteligentnie" wypowiadam czemu to, ach czemu wybrałam właśnie szycie na swoje hobby. Dla osiągnięcia powalającego efektu nie cofnęłam się nawet przed zakłóceniem wieczystego spokoju moich krewnych, a nawet - o zgrozo - pozwoliłam na umieszczenie swoich zdjęć. Za te wszystkie okropieństwa chcę Was teraz serdecznie i wylewnie przeprosić. Na swoje usprawiedliwienie dodam, że lepsi ode mnie skusili się na tę "gazetową  propagandę" - bo i Bezdomna Wiolka, która może i mało szyje dla siebie (bo to dobra kobieta jest i dba o innych), ale jej aplikacje, pikowanki no i Żorżet budzą moją zazdrość, i Kasia - tfu! ta to i w worku pokutnym  (który na pewno sama by sobie uszyła ze wszelkimi bajerami i wodotryskami) wygląda jak Miss i Bartka - facet który szyje i to tak, że nie mam śmiałości pokazać moich "lewych" stron, bo u niego nawet lewa strona wygląda lepiej niż moja prawa, więc czuję się usprawiedliwiona jeśli chodzi o entuzjazm i narzucanie się ze sfatygowanym już numerem tego pisemka.




Po drugie - coś tam jednak szyłam. Szło to może opornie i przy wtórze podwórkowej łaciny z powodu różnych nieszczęść co jakiś czas nawiedzających moje nędzne życie, ale się w końcu uszyło. Jakichś wiekopomnych dzieł nie udało mi się stworzyć,  mam za to rzeczy, które po prostu noszę, są wygodne i nie trzeba ich prasować, a to dla mnie ostatnio główny wyznacznik "super ciucha".

Dziś na dobry początek tunika, co to czekała z pół roku na uszycie, aż się doczekała.
Uszytek raczej mało ozdobny, z resztą  za duży, bo wykrój leżał i leżał a ja w międzyczasie zgubiłam parę kilo, co mi jakoś umknęło i ciachnęłam w/g dawnych upodobań, ale za to właściwości grzewcze ma w sam raz na tę porę roku a i zimą załapie się na parę seansów. Materiał to mieszanka angorki z czymś tam, czymś tam, ale miękkie to i przyjemne do ciałka, więc nosze nie zważając, że zwisa to na mnie ciut smętnie. Jak dojrzeję to zwężę i przerobię dekolt, bo to, co tam jest to mi się  już odpodobało. A wygląda to tak.












No i teraz jak na to patrzę to aż się dziwę, że to Wam pokazałam. Strasznie to nie udane i jakieś takie bez wyrazu. Nie mój kolor, fason od czapy, normalnie ZONK. No ale sama to uszyłam, więc teraz masochistycznie się katuję na forum publicznym. Możecie obrzucać błotkiem, choć w miarę delikatnie proszę :)

Dziś za to skończyłam coś piękneeeeeego! Jest milutkie, cieplutkie i wyglądam w tym bosko, ale pokażę "następną razą", bo tak wszystko za jednym zamachem to za dużo szczęścia (a prawdę mówiąc skończyłam to już prawie "po ciemku"  i mój nadworny fotograf stwierdził, że na zdjęcia to już nie ma warunków i on odmawia współpracy).
 Jutro kreacja będzie miała swoja premierę, bo udaję się na kurtuazyjną wizytę do teściowej mojej, jak do tej pory jedynej, więc sprawdzę ją w boju (czyt. przy kawie, cieście i obiadku podanych zapewne prawie równocześnie) i mam nadzieję, że mnie nie zawiedzie.

W planach kolejne ciuszki i żeby było śmiesznie właśnie z ostatniego numeru "Szycia krok po kroku" i wcale nie dlatego, że w nim jestem. To na prawdę udany numer i w zasadzie wszystko mi się tam podoba w odróżnieniu od ostatniej Burdy, którą magluję w tę i z powrotem z nadzieją, że a nuż widelec coś przeoczyłam, ale okazuje się, że mimo najszczerszych chęci nic z niej nie wyduszę.


No, to tyle na dziś - dobranoc i pchły na noc!

niedziela, 25 sierpnia 2013

Jak nie wyjechać na wakacje

Przepis jest bardzo prosty, a do wykonania tego zadania będziemy potrzebowały kilku składników. Oto niezbędne ingrediencje:
- siostra 1 szt. (lub nawet dwie jak w moim przypadku)
- narzeczony siostry (w tym wypadku jeden wystarczy)
- brat narzeczonego
- kolega brata narzeczonego :)
- no i jeden mąż  (mój:)

Przygotowanie:
Należy wziąć siostrę, jej narzeczonego, brata narzeczonego oraz kolegę brata narzeczonego. Połączyć ich razem w nieformalna grupę, która chce wyjechać nad nasze polodowcowe morze. Do szczęścia tej grupy brakuje 1 osoby, tak by koszt paliwa rozłożył się na jeszcze większą ilość portfeli, tym bardziej, że pojemność samochodu wyraźnie wskazuje, iż te pięć osób wygodnie się tam zmieści. Teraz trzeba zaprosić tę siostrę z tym narzeczonym na małe piwko w miłych okolicznościach przyrody i tam dowiedzieć się o ich poszukiwaniach jelenia z grubszym portfelem. Następnie wypada wpaść w zachwyt nad tak atrakcyjną perspektywą spędzenia paru dni w miłej i niezobowiązującej atmosferze przy dużym udziale jodu i się na tę imprezę wprosić. Nie wolno zapomnieć o mężu siedzącym tuz obok i jakimś miłym słowem załagodzić ewentualny sprzeciw w sprawie wyjazdu, który to wyjazd nie obejmuje rzeczonego męża.

Wykonanie
Rzecz dość prosta. Trzeba przez ponad miesiąc ślęczeć w internecie, przerabiać wszystkie strony dotyczące miejscowych atrakcji, uroczych zakątków, świetnie położonych miejsc noclegowych. Dzwonić do siostry po kilka razy dziennie z coraz to nowszym pomysłem spędzania wolnego czasu, bądź nowym, jeszcze fajniejszym miejscem noclegowym. Należy także uszyć sobie coś cieplejszego, by te lodowate podmuchy wiatru, nie wywiały z nas ostatniego promila, tak pożądanego przy okazji wizyt na niezbyt gorących plażach polskiego wybrzeża.











Po uszyciu bluzy z zalegającej już jakiś czas dzianiny i resztek nie wiadomo czego, ale za to bardzo falbaniastego (model z Szycia Krok Po Kroku 2/2012, model 3D) należy dzień przed wyjazdem udać się na ostatnie zakupy w celu nabycia jakichś pierdół, które to pierdoły można by  kupić już na miejscu. Przy wyjściu ze sklepu należy natknąć się na matkę pchającą wózek  ze swoim bardzo niedorosłym dzieckiem oraz z drugim potomkiem idącym za nią na dość niepewnych jeszcze (tak na moje oko około 3-letnich) nóżkach. Matka musi być bardzo zaaferowana pchanym wózkiem i to do tego stopnia, że nie zauważa iż idące za nią dziecko bardzo się ociąga w tym "idzieniu", a powiedziałabym nawet, że wręcz się zagapiło na jakieś cuda w tym sklepie spożywczym i na pewno nie zdąży przejść za matką przez drzwi, które ona z hukiem otworzyła, a które pędzą na tego malucha z bardzo widocznym zamiarem zapoznania go z lekarzem bądź najbliższym farmaceutą. Należy więc wsadzić nogę między dziecko a drzwi celem powstrzymania nieuniknionego, z jednoczesnym przytrzymaniem bachorka, by sobie jednak tej krzywdy nie zrobił. Następnie w trakcie akcji ratowniczej trzeba rozwalić sobie stopę o wystającą z drzwi podpórkę, która służy do podpierania (jak sama nazwa wskazuje) tych metalowych kolosów, a która od paru dobrych miesięcy dynda się na jednej śrubie i aż się prosi o kontakt z czyjąś niewinną stopą. Po uzyskaniu opuchlizny, kilkucentymetrowej ranki oraz braku umiejętności chodzenia przy użyciu tej nogi, powinnyśmy  jeszcze przejść z kilometr do domu, by uzyskać całkowitą pewność iż wakacje, choćby i jak najmocniej zmotoryzowane nie wchodzą w grę, bo na nogę nie wchodzi żaden but, a nawet jakby i wszedł to na pewno noga dalej nie pójdzie, bo wygląda jak kotlet siekany, mocno zmaltretowany przez nieudolnego kucharza.
  Pozostaje nam na koniec zawiadomienie reszty towarzystwa że potrzebują kolejnego jelenia w celu opłacenia środka lokomocji, wyplucie z siebie całego wodospadu podwórkowej łaciny skierowanej w kierunku drzwi, matek z "dzieciami" oraz bliżej niesprecyzowanych pechów, klątw i tym podobnych, oraz trzymanie się wersji, że bardzo możliwe iż uratowaliśmy życie przyszłemu wynalazcy leku na raka, mając w pamięci "oj, dziękuję Pani bardzo" wypowiedziane przez tę jego mać.

Teraz tylko wstawic do piekarnika na 180 stopni, na pół godzinki i nieudany wyjazd wakacyjny gotowy.
Życzę SMACZNEGO!


P.S. Bluza powinna mieć jakąś pętelkę i guziczek do zapinania się pod brodą, ale po tych atrakcjach drzwiano-nożnych pogniewałam się na nią i musi trochę odleżeć zanim doczeka się jakiegoś zapięcia :)

niedziela, 4 sierpnia 2013

Muł kontra obcasy

 Co by nie mówić, pogoda od paru dni postanowiła wysuszyć nas na wiórek kokosowy lub - w przypadku osób nie przepadających za owym kulinarnym dodatkiem - na wiór sosnowy, ewentualnie dębowy. Ogólnie jako osoba wysoce ciepłolubna, nie powinnam tej pogodzie złego słowa powiedzieć, ale jednak babsko trochę przesadziło. No bo ja rozumiem, że ciepło, że zero wiatru, że pranie schnie na ogrodzie z geometrycznym wręcz przyspieszeniem, ale nie mogę jej darować, że równie szybko się odwadniam, liczba branych przeze mnie pryszniców znacząco wpływa na rachunek za tzw. "energię elektryczną" (no bo w piecu palić nie będę skoro średnia temperatura w domu wynosi 29 stopni), a na mej dojrzałej gębie pojawiają się wypryski rodem z koszmaru nastolatki, o których sądziłam, że mam je z głowy (no i z tej gęby) co najmniej od 20 lat. No tego to jej wybaczyć nie mogę. Jedyna pociecha to to,  że te problemy ma w tej chwili około 38 milionów mieszkańców naszej rozgrzanej ojczyzny a jakby spojrzeć na to bardziej globalnie to i ze dwa miliardy "człowieków". więc wyjątkiem niestety nie jestem.
Jestem za to żoną  Szanownego Małżonka, który postanowił wynagrodzić mnie - podobno za wyjątkowo piękne posprzątanie naszego gniazdka, które to posprzątanie jakoś jemu do głowy nie przyszło -  wypadem na równie wyjątkowe lody do pobliskiej miejscowości, a dokładnie do knajpy znajdującej się w tej miejscowości. No to się przebrałam za kobietę, czyli umyłam włosy, ułożyłam na niej jakieś fale czy loki, założyłam nową sukienkę (w końcu miałam okazję pokazać to dzieło moich rąk i mąk) i przywdziałam jedyny słuszny obuw pasujący kobiecie - buty na obcasie. Życie niestety pisze swoje scenariusze niezależnie od naszego widzimisię, więc wizyta w knajpie okazała się porażką, ponieważ znalezienie w niej choćby jednego, wolnego krzesła (jedno starczyłoby, bo chyba Szanowny dałby radę potrzymać mnie na kolanach z 15 minut) okazało się trudniejsze niż wysłanie legendarnej Łajki w kosmos. Skutek był taki, że z rozpaczą w głosie zaproponowałam, co by zawiózł mnie w jakieś romantycznie miejsce celem machnięcia paru fotek do bloga, co też niezwłocznie uczynił. Sprawa okupowania knajpy wyjaśniła się przy okazji poszukiwania romantycznych plenerów, bo okazało się że dziś odbywa się w Kamieńczyku (dla zainteresowanych - woj. mazowieckie, ok. 10 kilometrów od Wyszkowa) Festiwal Miodu i Chleba, i te ludki co się tego chleba i miodu nażarły to ruszyły do knajpy nażreć się golonki i gulaszu, a to spowodowało, że my nie mogliśmy się w tym samym czasie nażreć długo oczekiwanych lodów. Oto zatem, efekt naszych poczynań - zdjęcia w romantycznych okolicznościach przyrody.








Aż tak jęczeć to w sumie nie powinnam, bo dzięki brakowi miejsc "Pod dębem" (a karmią tam, że klękajcie narody), zostałam marszandem , ponieważ zakupiłam (no dobra - mąż zakupił na moje wyraźne "o, ten mi się podoba") pewien bardzo urokliwy obraz, dzieło rąk lokalnej twórczyni, choć z drugiej strony, gdyby było wolne miejsce, to mielibyśmy o parę złotych więcej w kieszeni. Ale za to nie miałabym szansy pokręcić żarnami, pomłócić cepem, albo zakopać się w mym "kościelnym" obuwiu w bardzo romantycznej, znanej mi od dzieciństwa (w końcu płynie przez Łochów i niejeden raz się w nie topiłam) rzece Liwiec, a dokładnie w jej śmierdzącym stęchlizną mule. Ale czego nie robi się dla niepowtarzalnych ujęć, nawet stada wygłodniałych komarzyc nie są w stanie przeszkodzić w uwiecznieniu tej jednej, jedynej chwili (ten dziwny przykuc i machanie kiecką ma odstraszyć ewentualnych krwiopijców).

Że on (znaczy się Małżonek) zdążył nacisnąć migawkę ....

Winna Wam jestem parę słów o tej sukience - w końcu to blog o szyciu. Materiał zapewne poznajecie, bo wystąpił już na tym blogu w roli bluzko-tuniki, której to mi się strasznie nie chciało szyć. A że zakupiłam go w ilościach hurtowych, należało go wykorzystać aż do bólu. Ból w sumie był mały, bo wykrój z Burdy 3/2009, model 116 B należy do tych nielicznych, których nie musiałam w ogóle dopasowywać do mej dziwnej sylwetki. Zaznaczę, iż w/g Burdy przeznaczony jest dla osób niskich, a mnie zawsze wychodziło, że jestem osobą średniego wzrostu (164 cm). Wychodzi na to, że dla Burdy jestem kurduplem. Jednym słowem, skroiłam, uszyłam, założyłam i nie mogę się z nią rozstać tak mi się podoba. Bardzo wygodna, kobieca a czy dodaje kilogramów to mnie to wisi i powiewa, bo czuje się w niej rewelacyjnie i noszę ją aż do znudzenia.

Tymczasem udaję się na kolejny prysznic z nadzieją, że te upały potrwają co najmniej do końca sierpnia, bo wtedy udaję się nad nasze polodowcowe morze i chciałabym się choć raz w nim wykąpać, bez perspektywy zapalenia płuc, bądź innej przypadłości dotyczącej górnych dróg oddechowych.