piątek, 30 listopada 2012

Vintage Girl


Choć czasy skromnego dziewczęcia mam juz daaaawno za sobą, to jednak pozwoliłam sobie na taką  niedyskrecję, bo zwrot Vintage Woman jakoś mi nie brzmi. A powód mam jak najbardziej uzasadniony, ponieważ oto objawia się nam długo zapowiadany i strasznie długo szyty płaszczyk ze "szlaufu".
W zasadzie to chyba powinnam oddać go od razu do pralni, bo chyba jeszcze nigdy nie zdarzyło  mi się, żeby ciuch który szyję miał kontakt z każdą powierzchnią płaską (i niestety nie zawsze odkurzoną) jaka znajduje się w mojej hacjendzie (przypomnę 45 m kw.). No dobra, może wszędzie nie leżał, bo nie było go w łazience, ale resztę podłóg, czyli kuchnia, sypialnia i "salon" ma zaliczone w ilościach hurtowych i na zapas. Posprzątałam nim (oczywiście niechcący) wszystkie kąty, bo nie mieścił mi się na stole kuchennym, który w przerwach między posiłkami służy za stół do krojenia, nie tylko marchewki czy ziemniaków, ale przede wszystkim materiałów (moje podejście do gotowania już chyba znacie:)
A umyśliłam sobie wdzianko stylizowane na lata 60-te, zważywszy iż posiadam przebogaty zbiór Burd z tamtych lat i naprawdę grzechem zaniechania byłoby udawanie, że nic tam nie ma ciekawego do uszycia. Poprosiłam więc łaskawie Szanownego Małżonka (tak w ramach dbania o jego tężyznę fizyczną, a nie tylko schabowy i schabowy) by wydobył mi ze dwa pudła z gazetami (ja słaba kobietka nie mam siły tachać tego w te i nazad, bo przecież nie może stać na wierzchu). No i wydobył postękawszy trochę, pewnie tak w ramach profilaktyki, a ja "zasiędłam" do przeglądania,  "Zasiędnięcie" trwało ze trzy dni, oczywiście z przerwami na inne czynności życiowe, typu "głodny jestem". Zostały wybrane cztery modele, przedstawione mojemu domorosłemu dyktatorowi mody do akceptacji, która to akceptacja objęła model zamieszczony na zdjęciu poniżej.


zdjęcie pochodzi ze strony http://www.ms77.ru/articles/biblioteka/16426/
No i pomna moich turbulencji życiowych związanych z szyciem szarego płaszcza  zaczęłam czytać instrukcję.
Może słowo "czytać" jest tu mało adekwatne, gdyż instrukcja była zamieszczona w ojczystym języku założycielki pisma, czyli po niemiecku, a ja ten język pamiętam jak przez mgłę z czasów mojej kariery naukowej w liceum, co było tak dawno, że już nieprawda. Na szczęście z obrazków wywnioskowałam brak podszewki, to znaczy źle mówię. Podszewka była, taka materiałowa a mi chodziło o ocieplenie płaszcza watoliną, czy jak to się tam nazywa, więc po przekalkowaniu wszystkich części dodałam 4 cm do całego obwodu, tak by jednak upchać tam coś grubszego. W sumie to tak mówię, że szyłam w/g tego wykroju, ale to trochę oszukaństwo z mojej strony, bo z oryginału to zostały tylko kieszenie i te ozdobne karczki.
Rękawy uszyłam z wykroju do szarego płaszcza, bo te przygotowane do tego modelu nawet z samą materiałową podszewką nie pomieściłyby moich "bułków" podramiennych, nie mówiąc już o bułkach opatulonych watolinką. Skróciłam całość o dobre 30 cm, bo strasznie nie lubię jak przy chodzeniu majta mi się coś koło kolan, a zresztą jak widzicie na oryginale ta ich długość to taka ni przypiął ni przyłatał. Ani to krótkie, ani długie...łeeee....Oprócz tego dodałam od siebie (by "spersonalizowaś to dzieło) czarną fastrygę dookoła klapek, kieszeni, karczków i kołnierza, bo jakoś za mało ozdobny mi sie wydał (chyba się starzeję, niedługo skończę w różu i obwieszona cekinami..brr...) No i oczywiście walczyłam z wykrojem podszewki. Nie mogłam dostosować tego, który zamieścili, bo starczał tylko na kawałek przodu i to też w jakiejś takiej dziwnej konfiguracji. Może coś tam naskrobali w opisie, ale jak już wspomniałam ten język obcy jest mi właśnie obcy.
Powiem Wam, że w sumie to nie miałam z nim w trakcie szycia strasznych problemów. Flausz to jednak fajny materiał, nie przesuwa się, trzyma fason, jak przyłożysz tak leży. Liczba sprutych szwów znacząco poniżej średniej krajowej. Zeszło mi się z nim tyle, bo po prostu chciałam go starannie i zgodnie ze sztuką uszyć. Jedyny malutki minusik: jak się połączy ze sobą płaszcz i ocieplinę to to jest cholernie ciężkie! Tak się tym nawywijałam w ostatnim dniu wykańczania, że zakwasy miałam jak po niezłej sesji na siłowni z własnym, mało wyrozumiałym trenerem osobistym (czyli znowu będą większe buły na ramionach - ech, życie...).
Ale jest! Całkiem udany, grzecznie leży na mym ciele, nigdzie nie ucieka, mieści ocieplinę i jak widać grubszy sweter też. A, i sesje też sobie walnęłam taką stylizowaną, niby lata 60-te (nieoceniona pomoc programu Picassa3). No to zapraszam!




  Wspomniane "dziewczę"



 ...z ufnością patrzące w przyszłość...



 ...z nadzieją na mały odlocik...



 i nie oglądające się za siebie.


A teraz trochę szczegółów.










 Upss... to raczej wielki kawał gęby


 ..to też...


 Boso nie chodzę, ałtfit w pełnym wydaniu.













 Wrzuciłam też parę zdjęć z wieszaka, bo na nich widać jak to to wygląda nie zawiązane, a zresztą i tak chcę się nim pochwalić :)
























Teraz się dopiero kapnęłam, że nie ma ani jednego zdjęcia podszewki, ani odszyć karczków i kieszeni, a specjalnie dałam je w kontrastowym kolorze (modna tej jesieni szmaragdowa zieleń, a co?). Musicie uwierzyć na słowo, że podszewka pięknie wszyta a odszycia szałowe :).

Podsumowując:
Płaszcz cacany, już noszony i wzbudzający zazdrość na ulicy (wiem co mówię, bo byłam w nim dziś na zakupach)
Na razie mam dosyć ciężkiego szycia. Dwa płaszcze po rząd, to nawet więcej niż dwa grzybki w barszcz.
Marzę o uszyciu czegoś lekkiego, zwiewnego i nie powodującego zadyszki przy przenoszeniu z jednego pokoju do drugiego.
Idę na rekonwalescencję!
...ufff...

poniedziałek, 26 listopada 2012

Gwiazdka w listopadzie..




Tak się właśnie czuję, a to ponownie za sprawą Ani, która prowadzi bloga szycie ani, i która ponownie doceniła moje -  powiedzmy - szycie, jak i beztroską grafomanię, uprawianą przeze mnie w ilościach wręcz nieprzyzwoitych. Czuję się dodatkowo wyróżniona, bo Ania to zawodowa krawcowa, więc i zaszczyt większy (choć pewnie i tak fajniej piszę, niż szyję). Ańdziu, oto moje odpowiedzi:

1. Gotowanie czy pieczenie?
Raczej kupa forsy, żeby byłoby mnie stać na zatrudnienie kucharza, bo do kuchni wchodzę jak muszę, a muszę codziennie!


2. Ulubione miejsce w domu?
Kuchnia nie, to już ustaliłyśmy.  Myślę, że "salon" .Piszę w cudzysłowie, bo mój salon ma 13 metrów kw., jest w kształcie strasznie wąskiego prostokąta z jednym oknem od strony północnej, dzięki temu nie ma w nim słońca przez okrągły rok, za to przez 365 dni w roku nazywany jest ciemną norą. ale i tak go lubię :)))


3.Dlaczego założyłaś bloga?
Bo mój mąż jako źródło pochwał moich dzieł wydawał mi się mało kompetentny (no bo się kochamy, więc wszystko mu się podoba. i na każdą rzecz reaguje "ochami" i ", "achami", a jak nie reaguje, to ja tak się spojrzę, że zaczyna reagować, więc potrzebowałam bezstronnej widowni, ale się trochę zdziwiłam, bo bezstronna widownia, też reaguje tym samym :)))


4. Twoje marzenie?
O rany, ja jestem straaaaasznie przyziemna. Moje marzenia to pełna micha, zadowolona gęba i zero problemów do omawiania przy wódeczce.


5.Trzy ulubione kosmetyki? 
Woda, mydło i świeże powietrze. A nie, jeszcze pasta do zębów, dezodorant, szampon, nożyczki do paznokci i proszek do prania. Jednym słowem ma pachnieć, nie śmierdzieć !


 6. Bezcenne dla ciebie?
Święty spokój :))))


7. Co zmieniłabyś u siebie?
W sumie to się lubię, ale.... jakbym mogła tak machnąć czarodziejską różdżką, to bym chciała być bardziej przebojowa :)))


8.Ulubiona pora roku?
Każda -  pod warunkiem, że średnia temperatura oscyluje w granicach 25-28 stopni Celsjusza :)))


9.Jak wakacje to w jakim kraju?
Wymarzony kraj wakacyjny - ciepło, tanio, blisko, nad morzem, przystojni ratownicy, ja chudsza o 10 kilo i młodsza o 10 lat.
A tak naprawdę -  wszędzie, byle nie w domu, byle z mężem i tyle w tym temacie :)


10.Jakiej muzyki słuchasz?
Według mojego męża, nie tej co powinnam :)))


11.Ulubione ciasto?
Duże, słodkie, z kremem (najlepiej śmietanowym bądź jogurtowym). Nazwa jak najmniej istotna :))



No to się napisałam na swój temat jak chyba nigdy przedtem.
Ale, żeby nie było tak słodko, to nie nominuję nikogo, bo wszyscy przede mną zrobili to za mnie i nominowali te blogi, które lubię i często odwiedzam.
Idę się popuszyć jak paw, może Ślubny to wytrzyma !

piątek, 23 listopada 2012

.....szarość, szarość widzę.....


Jest płaszcz a miało go nie być. Właściwie to miał być, ale z czerwonego flauszu a nie z kanapowego obicia w kolorze ...bleee...szarym. Mówię "bleee", bo chyba nie ma bardziej nie lubianego przeze mnie koloru niż wyżej wspomniany. Do tego jeszcze z dziwnego sztruksu, co to niby nim jest a niby nie. I tu, co inteligentniejsze jednostki zadadzą sobie jedno, ale jakże istotne pytanie: po coś babo w takim razie szyła, skoro Ci się nie podoba?!
No  widzicie, jest całkiem logiczny powód powstania tego okrycia zgrzebnego. Otóż miał być to prototyp, wersja próbna, egzemplarz testowy przed pocięciem i niechybnym zmarnowaniem drogiego memu sercu (a portfelowi jeszcze bardziej) czerwonego flauszu, który z założenia ma zamienić się w istne dzieło sztuki krawieckiej, czyli zimowy płaszczyk.
Aby to mogło nastąpić należało poćwiczyć swoje skromne, póki co, umiejętności na czymś mniej kosztownym. Dlatego też udałam się do świątyni każdej domorosłej krawcowej, czyli do lokalnego szmateksu i tam dzielnie walcząc  z coraz bardziej napierającym na mnie tłumem dzikich bestii (jednym słowem dzień przeceny) wydobyłam z przepastnych czeluści wielkiej skrzyni narzutę z wielką falbaną. Po pomacaniu, wymiętoszeniu, potarganiu stwierdziłam, że się nada. Cena powaliłaby na kolana nawet najbardziej zagorzałą przeciwniczkę second-hand'ów - całe 7 zł. Spocona, wyczerpana i głodna wróciłam do domu (przy użyciu Szanownego Małżonka i jego cud maszyny na czterech kołach) i czem prędzej rzuciłam się do internetu na poszukiwanie formy.
Znalazłam !!!! Oczywiście Burda, ale nie wiem, który numer.





 POMIERZYŁAM TRZY RAZY. Ufff!!!
 Zrobiłam wykrój, wycięłam starannie części z materiału, nie przejmując się, że nie starcza na pagony i pasek z tyłu (przecież to wersja testowa), wdziałam na grzbiet i..... kurcze, fajnyyyy! No normalnie szkoda wyrzucić! Co prawda kolor taki nie mój, materiał też -a la kanapa do salonu, ale żeby tak od razu na szmaty do podłogi, nieee. Cmokałam, dumałam ze dwa dni. Szanowny nawet się zainteresował i po wysłuchaniu wszystkich moich dywagacji i rozważań powiedział krótko i po męsku : Wykończ go! Cóż było robić. Ponownie udałam się na zakupy, tym razem do "normalnego" sklepu, w celu zakupienia ciepłej podszewki (należy przecież czymś wypchać tę kurtkę, w końcu idzie zima) w cenie 30 zł za 2 m (cena po znajomości) no i oczywiście guzików (2,70/sztuka +plus cena paliwa i półtorej godziny z życiorysu, ponieważ jechałam po nie 34 kilometry w tą i z powrotem, gdyż w naszej pasmanterii można sobie kupić ewentualnie gumkę do majtek). Jednym słowem materiał za 7 złociszów a dodatki za pół setki - interes  życia normalnie:)).
Tak uzbrojona przystąpiłam do wykańczania jegomościa. No i się zaczęło. Niby przecież wszystko mierzyłam i oglądałam ten wykrój z dziesięć razy, ale jedna, jedniutka rzecz mi umknęła. MODEL NIE POSIADA PODSZEWKI. Nie ma, nie będzie, nie jest przewidziana! Jeeeezuuuu!!! Za coooo!!!!
Ręce mi opadły po same kolana. Pieniądze wydane, no może nie w ilościach hurtowych, ale jednak i nie mam do czego tego wszystkiego wszyć.
Zaczęłam więc kombinować z wykrojem. Układać, mierzyć, przesuwać, dopasowywać. Coś tam się udało wyrysować i wykroić. Idealnie może nie było, ale byłam już dostatecznie zdesperowana, by się takimi szczegółami nie przejmować. Zszyłam, wepchałam na próbę w płaszczyk, założyłam na ciało i po raz kolejny zawołałam - o Jeeezuuu! Za ciasne!!!! Wszędzie!!!! I na plecach i w rękawach i płucami tez nie pooddycham!!! Za ciasne, bo przecież ten model nie ma  podszewki, więc jest skrojony bliżej cielska. Znowu płacz i zgrzytanie zębami.
Wyciągnęłam podszewkę i dawaj oglądać wierzch. Może da się popuścić (szwy oczywiście). Da się. Na szczęście zapasy dałam tak jak kazali 1,5 cm (z reguły robię węższe). Dawaj pruć. Pruło się dobrze, nawet za dobrze, bo razem z materiałem! Posiepałam szwy na plecach jakbym chciała sobie zrobić frędzelki. Łzy w oczach, łacina na ustach, chłop uciekł z domu.. Następna akcja ratunkowa - podklejam szwy fizeliną, tak zszywam, a od wierzchu daję wąskie paseczki, żeby przykryć te uchodzące szwy i to wszystko jakoś ustabilizować. Uffff! Trzyma się. No to od początku. Bach podszewka do środka, całość na grzbiet i.... no jest lepiej. Nie cudownie, nie wspaniale, ale da się oddychać i mogę podnieść rękę do góry w geście zwycięstwa. Wszyłam więc tą podszewkę za 30 zł beż specjalnego entuzjazmu, potem godzinę ćwiczyłam robienie dziurek (bo to mój pierwszy raz był), zrobiłam te dziurki, przyszyłam te guziki po 2,70 za sztukę i tym sposobem stałam się posiadaczką płaszcza jesienno-zimowego w nie lubianym przeze mnie kolorze i rozmiarze ciut nie tego. Zresztą rzućcie łaskawym okiem.

















Tak się ukrywa postrzępione szwy. Jak ktoś nie wie to pomyśli, że to taki lans ma być.








Ale żeby nie było, że się zniechęciłam. Co to to nie. Czerwony płaszczyk już skrojony (model retro - Burda z 1968 roku - korzystam ze swojego przepastnego archiwum), powiem więcej - część główna już zszyta i na razie wygląda super. Guziczki i podszewka kupione. Jeszcze kilka dni i się nam objawi (I hope). Trzymajcie kciuki, bo ten model też bez podszewki, ale wcześniej się tego doczytałam :)))


środa, 21 listopada 2012

Spowiedź Kobiety Szyjącej :)

Tak się człowiek produkuje w tym internecie i produkuje i okazuje się , że to się podoba  Powiem więcej - nawet dostaje za to nagrody. "Na ten przykład" wyróżnienie z Montowni Ody.


I od razu robi się na sercu cieplutko. I znowu się chce, i maszyna nie przeraża, i nowe pomysły wpadają do łepetyny. Co tu dużo gadać - miłe to i sympatyczne.
Dopełnię więc formalności i odpowiem na zadane pytania

1. Szpilki czy baleriny?

No i tu mnie masz, bo ja z tych co to jak muszą to się wbiją w but na wysoki połysk i obcas, ale i tak w reklamóweczce grzecznie czekają rozklapciane papucie, które można pod stołem sprytnie przemycić, bo i tak już wszyscy mają w czubie i nikt nie zauważy.
 

2. Rozważna czy romantyczna? 
 
Oboje z Szanownym Małżonkiem jesteśmy bardzo romantyczni. On mi kupuje ciepły chlebek na śniadanie a ja mu smażę jajecznicę :))

3. Twój ulubiony kolor?
 
Każdy "oczobitny" , co myślę widać w moich ostatnich stylizacjach. A jeszcze, musi być taki, żebym w nim nie wyglądała na trupa, co przy mojej blado-czerwonej gębie jest raczej trudne (w sumie to jak cera może być blado-czerwona...hmmm...)

4. Spodnie czy spódnica? 
 
 Spodnie - jeśli mam w planach schylanie, siadanie, wchodzenie na drabinę, schodzenie po schodach, grabienie liści, pranie, sprzątanie, gotowanie, mycie okien. W przypadku innych wykonywanych czynności (a pozostaje mi już chyba tylko leżenie na kanapie i "pachnięcię" to oczywiście spódnica!)

5. Kolczyki czy naszyjnik?
 
I to i to pod warunkiem, że nie za ciężkie i nie ciągnie ku glebie bardziej niż ziemska grawitacja.

6. Biżuteria skromna czy okazała?
 
A to jak  sobie stryjenka uważa  ) (jednym słowem - zależy jak leży)

7. Twój znak zodiaku? 
 
Powiedziałabym, że Wielki Łowczy, ale podobno czegoś takiego nie ma w Zodiaku, więc zostanę przy Strzelcu

8. Pies czy kot?
 
I pies i kot. Oba gatunki posiadam na stanie. Oba służą do czego innego i nie dla mnie polemiki o wyższości jednego gatunku nad drugim 
 
9. Miasto czy wieś?
 
Mieszkam w mieście, ale za to w pięknych wsiowych okolicznościach przyrody, więc pozostanę przy lokalizacji - wieś. W końcu nic tak nie smakuje jak ogórek prosto z zagonka jeszcze ze śladami naszej Matki-Ziemi. 

10. Twoja ulubiona pora roku? 
 
LATO, LATO, LATO.  Żadne tam złote polskie jesienie, narty w górach czy opowieści przy kominku. Ma być ciepło, słonecznie i mam się nie zastanawiać ile swetrów i w jakiej kolejności należy założyć przed wyjściem

11.Zakupy w sklepie stacjonarnym czy przez internet?
 
Wolę w realu, bo mogę sobie pomacać, ale z racji braku odpowiednich sklepów w "okolycach", rezygnuję z macania i kupuję w internecie, licząc, że ten co dał opis wcześniej sobie pomacał.


No, to się wyspowiadałam, acz z przyjemnością. Powinnam teraz nominować 11 innych blogów, ale wszystkie, które mam na mojej blog-liście chciałabym wyróżnić, więc nagrodę zostawiam sobie, łeeeeee :)))

Dzięki Zmonotowana Odo! Idę tworzyć dalej ku chwale blogosfery :))))

wtorek, 20 listopada 2012

Jak uszyć Musztardę?


 Dziś uległam kilku prośbom w komentarzach, ale także na mego prywatnego maila. A że długo nie trzeba mnie prosić, więc ochoczo zabrałam się do dzieła. Postaram się dziś pokazać (pierwszy raz w życiu przy pomocy programu graficznego) jak sobie skombinować taki fajny sweterek (czy tunikę, czy sukienkę - do dziś nie jestem pewna).






Do tego modelu potrzebny nam jest materiał raczej elastyczny. Ja użyłam dzianiny z angory i to był strzał w dziesiątkę.







******************************************************************************************************************






******************************************************************************************************************




 Jeśli chodzi o wymiary dziury na nasze piękne główki to trudno mi je podać . Po pierwsze dlatego, że cięłam na oko, przykładając inną bluzkę, w której pasuje mi dekolt. A po drugie różne są możliwości, bo możemy sobie wyciąć dekolt-łódkę, albo w serek, lub tak jak ja zrobić golf. A jeśli chcemy zrobić golf to musimy to uwzględnić przed przystąpieniem do składania i cięcia. W tym przypadku należy odciąć z długości tkaniny ok. 40 cm (pozostaje nam 160 cm na 150 cm szerokości) i dopiero wtedy przystąpić do składania w/g wyżej pokazanego schematu

******************************************************************************************************************

Po wycięciu dekoltu rozkładamy materiał w sposób pokazany na obrazku wyżej i odmierzamy sobie od góry szerokość rękawów. W moim przypadku szerokość wynosi 16 cm od góry, a długość rękawa to 43 cm (dla ułatwienia dodam, że noszę roz. 42, więc osoby szczuplejsze mogą zmienić te proporcje, jeśli chcą mieć trochę ściślej tu i ówdzie. Zszywamy w sposób pokazany na obrazku  z zachowaniem ok. 2 cm odstępu między szwami. Górny szew tworzy nam rękaw, zaś dolny bok (dobrze byłoby zrobić taki ładny zakręcik w miejscu przechodzenia rękawa w bok, bo to sprawi, że wszystko będzie się ładnie układać, bez żadnych buł pod pachą). Rozcinamy pośrodku szwów i obrzucamy tym czym możemy obrzucić. Teraz pozostaje nam kosmetyka, czyli wkończenie naszego "cusia".
W wersji z golfem obmierzamy dookoła dekolt (najlepiej układając materiał na płasko, tak by nie był rozciągnięty), odmierzamy żądaną długość z pozostawionego kawałka materiału (uwzględniając dodatek na szew ok. 1 - 1,5 cm). Golf zszywamy, szew dajemy na tył i przyszywamy do dekoltu. Szwy obrzucamy.
W wersji bez golfu możemy obszyć dekolt lamówką ze skosu lub po prostu podłożyć.
Rękawy i całą resztę dołów obrzucamy overlockiem i albo pozostawiamy w takiej postaci, lub jeśli się da wykańczamy w/g powyższych wskazówek
I to tyle...
Miłego noszenia :))))


P.S Dobrze, że mi sie przypomniało


 Kiedy będziecie wycinać dekolt w materiale złożonym na cztery, to najpierw wytnijcie taki, który odpowiada tyłowi (zielona część na obrazku), dopiero po rozłożeniu na wierzchniej części materiału powiększcie dekolt z przodu.. W innym przypadku, wyjdzie nam na plecach taki sam dekolt jak z przodu i będzie nam wiało po łopatkach :)))

piątek, 16 listopada 2012

Chabrowa panienka i musztarda na pajęczych nóżkach

Co łączy kwiatki, pająki i dodatek do dań mięsnych, czyli wspomnianą w tytule musztardę. Otóż - moja skromna osoba. A w zasadzie to co na nią dziś włożyłam. Te opisy botaniczno-entomologiczno-gastronomiczne idealnie opisują materiały, z których udało mi się uszyć sukienkę i coś na kształt swetra. Chociaż pajęcze nóżki trochę się z tego wyłamują, bo dostałam je w spadku po przodkach i teraz wystają jako te dwa patyki wetknięte w ciut przyduży tyłek. No, cóż poradzisz. Albo zgrabny tyłek, albo zgrabne nogi - wzięłam nogi (tyłek zawsze czym się przykryje).
 A więc a propos przykrywania. Skusiłam się na kolejną sukienkę. Co prawda nie wiem gdzie i kiedy ja to wszystko będę nosić, ale lubię szyć kiecki, więc co mi tam. Zawsze można oddać którejś z licznie posiadanych sióstr (sztuk dwie). Materiał zakupiłam już daaaaawno  (czyli jakieś 4 miesiące temu).
Najpierw go pooglądałam z kilka tygodni a potem uprałam (choć to bawełna  z dużym dodatkiem czegoś elastycznego, ale wolałam nie ryzykować uszycia sukienki, która po praniu okazałaby się opnidupką na jakieś nastoletnie dziewczę). No a potem wsadziłam do pudełka i zamknęłam wieczko. Lato minęło, nastała jesień, zapachniało zimą i wyciągnęłam z pudełka 2 m pięknej tkaninki w sam raz na jesienno-zimową sukienkę. Fason już przeze mnie przetestowany przy okazji szycia tej czerwonej szmaty, co to ją tutaj wrednie opisałam. a pochodzi od Papavero. Tam narzekałam "tylko" na materiał, bo krój jak najbardziej mój. Co trzeba - to odkryte, a gdzie trzeba  - to przymarszczone. Polecam tym babkom, co to mają troszkę za dużo ciałka w rejonach okołobrzuszkowych. Ciut też marudziłam przy szyciu, bo marudził i mój Łucznik, ale jak się ciągnęło materiał za stopką, to jakoś szło. Dół i dekolt podszyłam od spodu lamówką ze skosu, bo jakoś tak niebezpiecznie mi się to wyciągało przy próbie "normalnego" szycia. Jedyna rzecz, którą bym poprawiła to długość. Jak mnie najdzie wena (a raczej szalona i niepohamowana chęć prucia czegokolwiek) to ciachnę ją o jakieś 3 cm, bo mi zasłania kolanko, a ja tak nie lubię.

Dobra - powiedziałam, co wiedziałam - to teraz udamy się na niezapowiedzianą wizytę do Chabrowej Panienki



 No niby, że tańczę. Choć to bardziej przypomina gimnastykę korekcyjną


 Tu poza na kobietę z ludu pracującego (a co- mam taczkę! I nawet umiem obsługiwać!)



 No i wspomniane marszczenie robiące bałagan w tych drażliwych okolicach.



 A w ten sposób to kulturyści prezentują kaloryfer na brzuchu. Ja kaloryfer też mam  w tym miejscu, tylko w tej chwili jest opatulony w słoninkę, aby mu woda w zimie nie zamarzła.

 Panienka oblukana - czas na musztardę po obiedzie (plus pajęcze nóżki ubrane we fiolety).
Trochę mniej dawno (bo z 1,5 miesiąca temu) nabyłam w drodze wymiany handlowej (ja im kasę - oni mnie materiał) piękną musztardową dzianinę z angorki. Swoje oczywiście również odleżała i jak mnie już naszło to machnęłam z niej takie coś na kształt swetra, tuniki, sukienki - jak zwał, tak zwał. Grunt. że ciepłe, dobrze się nosi, test pralki i proszku do prania zaliczony na pięć. I oprócz tych zalet ma jeszcze i tą, że szuje się w tempie godnym Justyny Kowalczyk (znaczy się - błyskawicznie).
Zestaw kolorystyczny (żółć i fiolet) z gatunku tzw: "oczobitnych", ale kto szalonemu zabroni. Poza tym, przez następne pół roku jedynymi barwami, jakie przyjdzie mi oglądać, będą szary, czarny i ewentualnie ziemisty kolor mojej skóry, więc tak na "zaś" walnęłam sobie terapeutyczną dawkę koloru, która (mam nadzieję) skutecznie mnie ochroni przed tą czającą się wszędzie depresją sezonową.
Zatem zapraszam na Pajęcze nóżki w Musztardzie.



 Zdjęcie poglądowe, skąd to się biorą te zwisy po bokach


 Oczko Ci poszło!- He, He, żartowałem!


 Nie gadam z Tobą!
 (Cytaty pochodzą z rozmowy małżonków w trakcie krótkiej, lecz burzliwej sesji zdjęciowej)


 A tak się wygląda jak się chodzi na obcasach po ugorze (dla mnie obcasy to zło, i wcale nie konieczne)



A oto kolejny Niezbędnik Krawcowej według mojego Szanownego. Tym razem ( w odróżnieniu od poprzedniego niezbędnika ) wersja jesienno-zimowa - ANTYDEPRESYJNA.

poniedziałek, 12 listopada 2012

Lody Grenlandii i co z tego wynika?

 Jak to jest, że jak nie masz czasu, to masz kupę pomysłów co i z czego uszyć. A jak czasu masz jak lodu na Grenlandii, to na pewno nic rozsądnego do głowy Ci nie przyjdzie. Takoż było i ze mną w tych dniach niedawno przeminiętych (uuuuu - jakaś nowomowa mi się wkradła).  Ale, ale - przecież nie byłabym sobą, gdybym jednak czegoś malutkiego, skromniutkiego sobie nie uszyła. A i owszem powstały dwa ciuszki (w zasadzie 2 i pół), które już cieszą me oko (jedna cieszy nawet Szanownego, choć to nie on w niej chodzi). Popełniłam nawet Wdzianko Do Polowań Na Mamuta nr 2 (to właśnie te pół ciuszka) i mam nadzieję, że nawet uda mi się dorwać myśliwego, który to nosi i go obfotografować, co wcale nie jest takie proste, bo myśliwy ma 2 lata i na prośbę "stój, to ciocia zrobi Ci zdjęcie" radośnie i z wielkim entuzjazmem wykrzykuje "nie,nie,nie", z czego ostatnie "nie" dobiega już z innego domowego pomieszczenia - tak na wszelki wypadek! Proszę więc o cierpliwość.
Zaś jeśli chodzi o moje ciuszki to uchylę Wam dziś tylko rąbka tajemnicy i powiem tyle, że wykorzystałam do tego celu 2 z poniżej zaprezentowanych materiałów, a mianowicie ten piękny granat z kwietnym rzucikiem, oraz tę musztardową dzianinę z angory (choć nazwa musztardowa nie bardzo mi się z tym komponuje, powiedziałabym raczej - selerowa). Do omówienia dzisiejszej lekcji pozostają nam jeszcze dwa inne materiały widoczne na zdjęciu. Otóż - zabójczy rdzawy flausz i urocza krateczka. Jak nie trudno zgadnąć z zabójczego flauszu powstanie zabójczy płaszczyk rozweselający te pochmurne, jesienno-zimowe dni. Za to urocza krateczka zamieni się, mam nadzieję że w najbliższych dniach, w uroczą sukienusię w sam raz do kompletu z zabójczym płaszczykiem. Od prac szwalniczo-krawieckich powstrzymuje mnie jedynie fakt nie posiadania podszewki ani do płaszcza ani do sukienki. Coś czuję, że należy dopieścić własny nałóg i czym prędzej skonsultować się z najbliższym ciucholandem lub pasmanterią (lekarze i farmaceuci już nie chcą się ze mną konsultować).




 A teraz nadrobię zaległości w temacie wzbudzającym we mnie uczucia dość mieszane (bo nie wiem czy to kochać czy nienawidzić) a mianowicie w sprawie Pattern Magic.
Uległam czarowi tej książki jakiś czas temu i nawet uszyłam "coś" na jej podstawie, a marne efekty tej działalności możecie obejrzeć TUTAJ. Problem był - powiedziałabym - natury komunikacyjnej, ponieważ książka jest po japońsku, co dla mnie znaczy tyle samo co po chińsku. Ale od czego ma się blogowych przyjaciół. W parę dni po ukazaniu się mojej Tragedii Japońskiej zostałam hojnie obdarowana przez Gacka (powinnam napisać chyba Gackę, bo to jak najbardziej fajna babka) skanem tej książki  w języku już bardziej dla mnie kumatym, czyli po angielsku. No radość wielka ogarnęła me nędzne jestestwo i obejrzałam wszystko ze cztery razy i co najważniejsze rozumiałam o czym się do mnie rozmawia. Obiecuję, że się uprę i uszyję drugie "coś" w/g tych przepisów. A dla Gacki wielkie DZIĘKUJĘ!!!








I kolejna sprawa - równie miła jak i niespodziewana. Zostałam wyróżniona przez Anię, którą możecie podziwiać TU , bo ja to już robię od dawna. Aniu,- dziękuję i Tobie także życzę mnóstwo satysfakcji z prowadzenia bloga.





A na koniec drobny pierwiastek humorystyczny. To co widzicie poniżej znalazłam pewnego, mało pięknego dnia na naszym stole kuchennym. Jest to, według mojego męża. niezbędnik każdej krawcowej - Burda (wiadomo) plus chleb i konserwa, by nie tracić sił w walce z wykrojami (to taka mała aluzja do mojej Marynarki Wojennej).





Życzę smacznego!!!