czwartek, 25 października 2012

Marynarka Wojenna, czyli bitwa o żakiet



 Myślałam, że walczyć będę tylko z lodówką.  O ja głupia gąska!
Od tygodnia jestem sama  (od pochwalenia się, jak to pięknie umiem szyć żakiet). Moja wiara w siebie wyprowadziła się ode mnie, rzucając na do widzenia, że nie zamierza wrócić, dopóki nie dojdę do ładu ze swoim życiem (czytaj - szyciem). Uwierzcie mi - to były bardzo trudne dni. Ale od początku..

A początkiem powinno być dokładne zmierzenie siebie, jak i wykroju, który mamy zamiar zamienić w coś niepowtarzalnego i powodującego zalew żółci u "przyjaciółeczek". Oczywista oczywistość, że zacytuję klasyka. A że coś jest oczywiste to się to pomija w planie dnia i efekt jest taki, że mamy pocięty materiał w te i we wte, a co najlepsze zszyty na tzw. amen.
I teraz, jak się takie coś założy na organizm, to się okazuje, że na ten organizm to lepiej było tego nie szyć, lub - wracając do akapitu powyżej - ZMIERZYĆ WSZYSTKO ZE TRZY RAZY! Bo co się okazało? A no to, że konstruktorzy ubrań znajdujący się na liście płac wydawnictwa Burda, tworzą niektóre modele (mam nadzieję, że niektóre) pod wpływem jakichś substancji, niekoniecznie legalnych. Według nich, jeśli ktoś (dajmy na to ja) nosi rozmiar 42 (zgodnie z tabelka umieszczoną we wspomnianym piśmie), to zapewne korpus takiej osoby ma z 1,5 metra wysokości i do tego nogi pożyczone na chybcika od krasnoludka. Efektem tych ich dywagacji jest wykrój marynarki, w którym mój biust powinien znajdować się gdzieś tak w okolicach okołopępkowych, talia wypada na spojeniu łonowym, no i zaraz szybko marynarka się kończy, bo dalej to już kolana. Dodajmy do tego szerokość pleców godną samego Strongmena i główkę rękawa, którą przy naprawdę wieeeelkich chęciach nie udało mi się wdać w jakiekolwiek miejsce. I właśnie to wszystko objawiło mi się po uszyciu prawie całego żakietu!!!

No dobra, przyznam się. to była wizja taka bardziej literacka, tego co się działo, choć fakty nie wiele odbiegają od tych tu przedstawionych.A oto one:

1. Marynarka ma rzeczywiście za długi krój od ramion do wysokości piersi z przodu, oraz od ramion do pachy z tyłu. W moim przypadku wyniosło to 4 cm.
2. Ramiona za szerokie o 3 cm.
3. W talii za szeroka o 6 cm! (tak, tyle musiałam ją zwęzić, a i tak nie jest idealnie)
4. W biodrach również odejmowałam centymetry, tym razem 4.
5. No i rękawy. Tu nie jestem w stanie podać o ile zmodyfikowałam główkę, bo cięcie i fastrygowanie odbywało się naprzemiennie - i w dodatku przy aktywnym uczestnictwie Mamy, która akurat "przypadkiem" wpadła z wizytą i chętnie złapała za nożyczki -  i już nie starczało mi cierpliwości, by dokładać do tego centymetr. Na pewno skracałam główkę o 4 cm, bo tyle skróciłam przód i tył, więc to samo musiało odnosić się do rękawa, ale dodatkowo była ona za długa i za szeroka w ogóle, no i możliwe, że był to jeszcze centymetr lub dwa, zarówno z długości jak i szerokości. Who knows?

    Żakiet jednak skończyłam! Pierwszy raz ambicja wzięła górę nad lenistwem i odkładaniem na później. Co najważniejsze, wróciła moja "Pewność Siebie". Zapukała do drzwi tuż po założeniu ukończonego przeze mnie "arcydzieła". Choć jeszcze trochę paniusia marudzi, że widzi niedostatki, że można byłoby coś tam poprawić, ale już widzę, że jest udobruchana i tylko tak gada, bym następnym razem bardziej przyłożyła się do roboty. No cóż - taka już jej rola.


Nie zdążyłam uwiecznić żadnych poprawek, bo zwyczajnie miałam dosyć już tej roboty :) Dlatego przyjmijmy na chwilę, że wykrój jest ok, nic nie trzeba na nim poprawiać, i po prostu przedstawiam Wam tutka o tym jak się szyje żakiet. A jak już dojdę do siebie (mam nadzieję, iż bez chemicznego wspomagania sił witalnych), to zrobię pokazówkę jak dostosować wykrój do "normalnych" ludzi (jeśli oczywiście wyrazicie chęć i zapotrzebowanie na tego typu treści edukacyjne). Zatem przewodnika po szyciu część druga :)

W poprzednim poście działalność krawiecką skończyłam na zszyciu wszystkich części przodów i tyłu do kupki.


 Następnie podklejamy fizeliną odszycia przodów. Ja układam odszycia obok siebie, lewą stroną do wierzchu i przykrywam fizeliną (strona z klejem idzie na materiał). Potem delikatnie przyprasowuję i wycinam. Dzięki temu nie muszę się bawić w docinanie fizeliny od szablonu, co zdecydowanie ułatwia pracę.



 Odszycie zszywamy (szew wypada z tyłu karku).


 Odszycie przypinamy szpilkami "doopkoła" przodów i tyłu



 Tak to właśnie wygląda z tyłu. Oczywiście przyszywamy. Ponad szpilkami widać, że plisa na tyle ma takie wycięcie. W to miejsce zaraz będziemy wszywać odszycie tyłu.



 Zapasy  nacinamy aż do szwów.



 Teraz dosyć trudna sprawa, bo musimy odszycie tyłu doszyć we wspomnianą "dziurę" w plisie.
A robimy to tak. Krótki bok odszycia tyłu przykładamy prawą stroną do prawej strony plisy, do tego krótszego boku wycięcia i szyjemy aż do zakrętu. Następnie podnosimy stopkę (ale igła w materiale), nacinamy dolny materiał (czyli plisę) aż do igły, uważając by do końca nie przeciąć. Przekręcamy materiał o 90 stopni, opuszczamy stopkę i szyjemy po podkroju szyi aż do następnego zakrętu. Tu powtarzamy czynności (podnosimy, nacinamy, przekręcamy, opuszczamy) i doszywamy krótki bok.



 Powinno wyglądać tak, zapasy na podkroju nacinamy



 Zszywamy części rękawów, a potem całe rękawy



 Przykładamy rękawy prawą stroną do prawej i "przyszpilamy" wszystko na okrągło. Zszywamy.

W ten sposób mamy połączone wszystkie części naszej marynarki w jedną całość.
Czas na jeszcze lepsza zabawę, czyli wszywanie podszewki



 Podszewkę kroimy w/g wykroju. W tym przypadku tył i rękawy podszewki wycinamy według tego samego szablonu co wierzch marynarki, ale na przód mamy podany osobny szablon.



 Krojąc tył musimy dodać, oprócz zapasu na szwy, także dodatkowe 2 cm, które pozwolą nam stworzyć zakładkę na środku pleców umożliwiającą nam swobodę ruchów. Musimy także odciąć na podkroju szyi tyle materiału ile przypada na odszycie tyłu, (bo podszewkę przyszywamy do tego właśnie odszycia a nie bezpośrednio do krawędzi podkroju)



 Zszyta podszewka wygląda tak. Ta dziura na boku to zabieg celowy, ponieważ przez nią będziemy przekręcać żakiet po doszyciu podszewki. Według wszystkich kanonów dziurę powinnam zostawić w jednym z rękawów, ale powiem szczerze, że tak mi jest wygodniej:))
 Tu wspomniany dodatek na tylną zakładkę



 Żakiet i podszewkę przekręcamy na lewą stronę, rękawy wkładamy jeden w drugi (choć nimi zajmiemy się za chwil kilka) i szpilkujemy wszystko razem, to znaczy dół podszewki do dołu żakietu, boki podszewki do plis przodu, górę podszewki do odszycia tyłu i.....zszywamy. Po tym zabiegu przekręcamy garderobę na prawą stronę, wykorzystując pozostawiony do tego celu otwór. I róbmy to z wyczuciem, by nie powiększać i tak już sporej dziury :)



 Po zszyciu i przekręceniu ma postać taką. 

  No i teraz najfajniejsza zabawa - rękawy.
Żeby wszystko do siebie pasowało i ułożyło się jak należy założyłam żakiet na siebie. Trochę się w nim poruszałam, podnosiłam ręce do góry itp, taka gimnastyka korekcyjna. Następnie stanęłam prosto, opuściłam odnóża górne i pospinałam szpilkami wierzch z podszewką (tak jak na mnie leżały). Czynność dość ekwilibrystyczna, biorąc pod uwagę, że do dyspozycji mamy jedną rękę, bo druga tkwi w rękawie, który właśnie spinamy. Ale udało się. To samo uczyniłam drugiemu rękawowi. Zdjęłam z siebie, położyłam na stole i w czterech miejscach uczyniłam tajemne znaki, zarówno na lewej stronie rękawa jak i na podszewce. Fachowcy radzą robić nacinki, ale pomyślałam sobie, że skoro ja czytata i pisata, to ponumeruję sobie te miejsca na których mi zależy, bo wtedy będę miała pewność, że wszystko trafi na swoje miejsce.



 Jak pomyślałam tak zrobiłam. Wyszło takie coś. Kreseczka zamiast nacinka a obok niej cyferka taka sama na rękawie i na podszewce.



A teraz punkt kulminacyjny. Otóż wkładamy naszą rękę w dziurę w podszewce a następnie w rękaw pomiędzy materiał a podszewkę. Drugą ręką podwijamy krawędź rękawa i podszewki do środka, prawą stroną do prawej i chwytamy te krawędzie ręką siedząca w środku (w tym miejscu to już wygląda jakby było zszyte). Trzymając mocno i pewnie, wyciągamy rękę z powrotem przez dziurę wraz z rękawem i podszewką na zewnątrz. Zaglądamy sobie pod paluszki, czy cyferki nam się zgadzają. Podejrzewam, że może się przydarzyć kilkumilimetrowe przesunięcie, ale to nie szkodzi, bo cyferki (zamiast nacinków) pomogą nam dopasować wszystko do siebie



 Prawda, że tak łatwiej :) Nie pozostaje nam nic innego jak zszycie. Po połączeniu rękawa wkładamy naszą rękę od strony prawej właśnie w ten rękaw, aż do momentu schwytania podszewki i ciągniemy na zewnątrz. To spowoduje, że przekręcimy rękaw na prawą stronę, a tym samym podszewka wsunie się w rękaw. To samo powtarzamy z drugim. Likwidujemy dziurę poprzez zszycie (po prawej stronie). Prasujemy wszystko dokładnie, szczególnie w okolicach dołu i brzegów rękawów i......

 TAAAADAAAAM!!!!!! 
Brawa, oklaski i słowa uznania. Uszyłyśmy żakiet, marynarkę, lub inne wdzianko na podszewce.Moje wygląda tak.





I proszę mnie nie winić za ten wyraz twarzy, ale ja po prostu jestem kobietą po przejściach i jeszcze ni doszłam do siebie (a poza tym trudno jest się uśmiechać w temperaturze +5 stopni, bo mięśnie odmawiają posłuszeństwa)




Prosiłam Szanownego - rób bez kapci - ale nie mam pojęcia co on robi bez kapci, bo na pewno nie zdjęcia. Zatem cóż, tak wyglądają moje papucie :)

Dziękuję za wytrwałość, bo chyba dużo jej trzeba, by to wszystko przeczytać. Nie mówiąc o tym, że trochę mętne wydają mi się te moje dydaktyczne wskazówki. Mimo wszystko jestem zadowolona, nosić będę, a drugi to już zrobię na cacy.

UFFFFF!!!

KONIEC!!!


P.S. 
Do tej marynarki (Burda 8/2012 mod. 137) są jeszcze w komplecie spodnie (mod. 129B). Jeśli poczujecie chęć uszycia sobie galotków to zajrzyjcie do Asi z bloga LolaJoo: tu , tu , tu i jeszcze tutaj . Tam znajdziecie przepis na idealne spodnie dopasowane do naszych pup :)))

czwartek, 18 października 2012

Lodówka kontra maszyna do szycia



 Czemu lodówka? Sprawa zaraz się wyjaśni.
Zapewne nie powiem nic odkrywczego mówiąc, że mamy jesień. Ha, to wiedzą wszyscy. A jak wiemy, po jesieni nadchodzi zima (no, ja dzisiaj normalnie robię za debila), a jak jest zimno - trzeba duużo jeść, bo jak się duuużo je to organizm ma z czego wyprodukować ciepełko, tak potrzebne do ogrzania skostniałego organizmu. To jest oczywiście moja, własna, sprawdzona przez lata teoria i żadni amerykańscy naukowcy jeszcze się do mnie nie zgłosili, więc niekoniecznie musicie mi wierzyć. Ale ja sobie wierzę, co więcej, stosuję się do mej teorii skrupulatnie, i jak tylko słupek termometru wskazuje trochę poniżej +15 stopni - zaczynam jeść. Najlepiej wchodzi mięcho, dużo mięcha i jeszcze więcej mięcha (na dobry poślizg posmarowany grubo majonezem). Ogrzewanie organizmu wyżej wymieniona metodą kończy się wraz z nastaniem wiosny i z nastaniem 4 kilo dodatkowej słoniny, rozłożonej to tu , to tam, w różnych niezamierzonych przeze mnie okolicach brzucha. Dlatego postanowiłam sobie co następuje:

1. Jeść całkowicie nie zaprzestanę, bo jeszcze nie ma takiego mądrego, co by tę metodę sprawdził i miał się dobrze, ale może zrezygnuję z tego towotu w postaci majonezu i już będę trochę do przodu.

2. Jak mnie ogarną dzikie żądze zjedzenia czegoś dodatkowego, czem prędzej zajmę ręce a tym samym głowę jakąś pożyteczną działalnością typu druty, szydełko, maszyna do szycia.

3. Zabronię chłopu kupować te wszystkie cuda w kolorowych papierkach i z zawartością cukru odpowiednią dla słonia (no dobra, może nie wszystko zabronię kupować, tylko to czego nie lubię, hihihi).

4. A poza tym zachowam umiar i zdrowy rozsądek (hahahahahahaha!)

Najłatwiej wprowadzić punkt 2 tej listy pobożnych życzeń, więc nie czekając zbyt długo (tzn. zanim dopadnie mnie śliniotok na widok majonezu, batonika, boczusiu wędzonego lub innej wysoko przetworzonej cholery) wyciągnęła byłam zapasy burdowe i trafiłam na takie piękne zdjęcie. A gdyż, ponieważ, bo, posiadłam swego czasu materiał w sam raz na jakieś coś w postaci żakietu, marynarki czy płaszczyka "zasiędłam" do maszyny, tym samym ratując się od śmierci z powodu przeżarcia, zaparcia bądź biegunki (jedyny minus - maszyna stoi  w kuchni i jak na złe lodówka jest bliżej mnie niż w jakimkolwiek innym miejscu na tych moich 45 m kwadratowych).

A żeby szycie szło mi dłużej a tym samym miało także dłuższe działanie terapeutyczne, postanowiłam wszystkie etapy twórczej męki rzetelnie udokumentować. Zatem dziś część pierwsza bitwy między lodówką a maszyna do szycia...

Zacząć należy od wybrania wykroju (ja korzystam z sierpniowej Burdy (8/2012), model 137, co widać na załączonym zdjęciu.


 W przypadku Burdy należy dodać zapas na szwy, ja dodaję 1 cm na szwy boczne i 4 cm na podłożenie dołu i rękawów

Jak już wszystko przerysujemy i wytniemy zaczynamy szycie.


Najpierw zszywamy szew środkowy pleców, następnie doszywamy części boczne. Szwy rozprasowujemy. Ja szew środkowy rozkładam, a boczne szwy zaprasowuję do góry, wcześniej nacinając na wszelkich zaokrągleniach, tak aby nic nie ciągnęło i ładnie się układało. Teraz można te boczne szwy przestębnować od strony wierzchniej tak na szerokość stopki, co uczyniłam. Jeśli się zdecydujecie na takie rozwiązanie, musicie pamiętać o tym zanim pozszywacie wszystko w całość.




Taką samą operację szycia , rozprasowania i stebnowania po wierzchu przeprowadzamy na górnych częściach przodu (zapasy szwów zaprasowane do góry)




Następnie zszywamy przód i tył na ramionach. Dwie części pliski  zszywamy i doszywamy do przodów i tyłu (zdjęcie po lewej). Zapasy szwów prasujemy na pliskę, i tego szwa nie stebnujemy po wierzchu. Do tak powstałej konstrukcji doszywamy dolne części przodów (zdjęcia po prawej). Należy zauważyć, iż doszywaną część trzeba naciąć w uwidocznionym tu miejscu, ostrożnie do samego szwa (szwu?), bo inaczej nam się nic nie ułoży. Zapasy szwów zaprasowujemy do góry i stebnujemy na frontowej stronie.



Tak wygląda przód, jeśli się było dokładnym i na chwilę zapomniało o zawartości lodówki cicho mruczącej w kuchennym kącie.


Dzisiejsza lekcja kończy się w tym miejscu. Na drugą zapraszam niedługo, a będziemy zszywać i wszywać rękawy, a także zajmiemy się odszyciem przodu.

Mam taką cichą nadzieję, że nie tylko ja walczę z lodówką w czasie tych jesienno-zimowych dni (a głównie wieczorów), a jeśli jest nas więcej to może moja metoda okaże się skuteczną terapią dla paru jeszcze innych lodówkowych szperaczy.



środa, 10 października 2012

Tragedia japońska, akt I (i raczej ostatni)


 ...przynajmniej jeśli chodzi o ten model.  

W tragedii udział wzięli:
- w roli głównej zdjęcie modelu z książki Pattern Magic
- w roli reżysera - moja znerwicowana i zestresowana osoba,
- obsługa techniczna - stary Łucznik (i morze, chciałoby się powiedzieć), prześcieradło ze szmateksu , kawałek materiału z przeceny, wykrój bluzki z Papavero.

Przedstawienie  rozpoczęło się w dniu wczorajszym od znalezienia, wydawałoby się, odpowiedniego wykroju bazowego. Piszę, wydawałoby się, bo  w miarę rozwijania się akcji reżyser (czyli ja) coraz bardziej skłaniał się do zmiany obsługi technicznej.




 Po wielu konsultacjach społecznych, rozmowach mediacyjnych z własnym ego i kilku wypitych kawach udało mi się (tak przynajmniej się wydawało) rozkminić te japońskie obrazki. Za opis,  z wiadomych przyczyn, nie miałam zamiaru się zabierać (jedyne co udało mi się odczytać na schemacie, to skrót BP, umieszczony dokładnie w miejscu środka biustu czyli BUST POINT - huraaaa!) Powstało więc takie coś..




 Po przygotowaniu wykroju zaprosiłam na gościnne występy wspomniane już białe prześcieradło. Biedactwo,i tak już było po przejściach (bo z second handu), to jeszcze ja mu  dołożyłam, i to porządnie. Pobazgrałam, pocięłam, naszpilkowałam, i przejechałam starym Łucznikiem, co to jeszcze może. Wyszło to.....Postrach wsi i miasteczek, lub ewentualnie turystyczna atrakcja.
Dla porównania obok nasza azjatycka piękność.

 









 To, co to coś ma w środku, jest jeszcze bardziej przerażjące.....brrrrr.






Podziękowałam zatem szmacie za współpracę i w dniu dzisiejszym stanęłam oko w oko z nową , wschodzącą gwiazdą pasmanterii i sklepów z tkaninami. Nastąpiła powtórka z rozrywki, czyli pobazgrałam, pocięłam, naszpilkowałam i rozjechałam Łucznikiem (tak, tak, to ten sam co jeszcze, nadal może). I klapa... Pomimo zmiany szmaty na mniejszą szmatę, bardziej jędrną i nie sflaczałą wyszło jak przedtem.



 No, może trochę lepiej, bo przynajmniej widać "jakieś" zakładki




Ale widać je tyko z odpowiedniego profilu i tylko i wyłącznie na Pancernej Heli, bo ja, jak się okazuje mam piersi. I tam właśnie, na tych gruczołach mlecznych rozłazi się  całe to tałatajstwo i mogę se gadać i krzyczeć i w ogóle a zakładek "ni ma". Dlatego też obraziłam się na cały świat azjatycki, wymyślający te formy na bezformne azjatki i nawet sobie zdjęcia nie zrobiłam (taka moja, osobista wendetta).




 Jedyny jasny punkt w tej wersji (nie mówię o jakichś fajerwerkach) to bebechy tej bluzki, które wyglądają lepiej niż te biało-szmaciane, po resekcji żołądka.



 Wnioski:
1. Muszę pozbyć się cycków, jak radośnie obwieścił mi mój Szanowny po "konstruktywnej" krytyce mojego dalekowschodniego dzieła, albo zrezygnować z tego modelu. Ta druga opcja wydaje mi się mniej bolesna i chyba przy niej zostanę (a na złość chłopu, co to się zna jak kura na pieprzu)

2. Obrazki to jednak nie wszystko (i tu znowu sprzeciw chłopa mego - wzrokowca - wiadomo), fajnie by było pouczyć się języków bardzo mi obcych, co teraz zaowocowałoby szybszym i mam nadzieję dokładniejszym czytaniem ze zrozumieniem (pomijając te odrywcze BP).

3. Nie wpadać w euforię na widok kolejnego super, ekstra, wspaniałego modelu (nie wpadanie w euforię mi nie grozi, bo mam krótką pamięć i zaręczam, że najdalej za parę dni będę ćwikać jakiś nowy wynalazek z tej książki, może kiedyś któryś mi wyjdzie?)


Premiera tragedii japońskiej okazała się totalnym gniotem. Dalsze spektakle cyklu "Z Kraju Kwitnącej Wiśni" czasowo odwołane (ale jak wspomniałam, nie na długo). 
A ja może zajmę się trochę polską twórczością i folklorem. Materiał na spodnie coraz głośniej kwika z pudełka i chyba pora najwyższa zarżnąć tę świnkę. Może pójdzie bardziej gładko, niż z tymi japońskimi gejszami (żeby nie powiedzieć...dziw...ami).



poniedziałek, 8 października 2012

Z Kraju Kwitnącej Wiśni (chyba)

Piszę "chyba", bo dla mnie te krzaczki, czy chińskie, czy japońskie są tak samo atrakcyjne i zrozumiałe. A o co chodzi?
A chodzi o książkę "Pattern Magic", którą odkryłam wczoraj buszując po forum szyjemy-po-godzinach.pl (udostępniona w sieci przez dong5 z jej albumu na Picassie). I jak ją zobaczyłam to odpadłam.
 Bo:
- do wczoraj myślałam, że zaczynam cośkolwiek łapać co z czym się je, żeby skonstruować np. spodnie (taaaa, ta euforia w sprawie poprawiania wykroju spodni jeszcze mnie do wczoraj trzymała)
- do wczoraj wydawało mi się, że w zasadzie, to co nowego można wymyślić w sprawie ciuchów - no, raczej nie wiele.
No i tu wkroczyła jakaś siła wyższa i pokazała mi gdzie moje miejsce.
 Jestem totalnie zauroczona, chciałabym uszyć cokolwiek z przedstawionych tam rzeczy, ale nie wiem czy dam radę. Z opisu to raczej nic nie wywnioskuję (wspomniane już krzaczki), obrazki na szczęście robią dosyć czytelne, więc kto wie? Już widzę oczami wyobraźni jak żwawo bieżę po łochowskim bruku w kreacji haute couture (czy to się tak pisze?) prosto od jakiegoś nawiedzonego projektanta. Nie ma co więcej gadać - popatrzcie...




Można zawiązać się na supeł



Albo, przy braku bioder  dodać sobie  trochę objętości







Zaplątana...




W jodełkę (moja ulubiona)







Można zostać najpiękniejszym prezentem gwiazdkowym






Te kokardki są suuuper, oczywiście cięte razem z całym prodem










I drugi mój faworyt.





A tu taki pierdutek, który można doszyć do spódnicy ołówkowej.




Zamieściłam, jak widzicie, schematy do tych wynalazków, może któraś z Was skusi się na jedno z tych wyzwań, ja się chyba zabiorę za tę jodełkę. Jak da się to pokazać - pokażę.
 A może szyłyście już coś takiego, strasznie mnie skręca ciekawość, czy da się to przenieść na żywy model i czy da się to nosić. Na manekinie przecież to można wszystko pokazać (2 opakowania szpilek i wygląda cudnie).

Muszę spróbować....