czwartek, 30 sierpnia 2012

Szybka, prosta, pomarańczowa



Dziś post długi jak nasza autostrada A-2, a może nawet i dłuższy. Bo sprawa poważna. Otóż piszę dzisiaj na specjalne życzenie B. z Los Caramelos 
  Biedactwo to płakało mi rzewnie w komentarzach, że chce się nauczyć szyć, a nigdzie nie może znaleźć, jak tego dokonać. I nie jest specjalnie wybredną, może być bluzka, sukienka, tunika, byle łatwe. Zmiękczyła me twarde serce tymi lamentami i oto poniżej możecie zobaczyć co z tego wszystkiego wyszło.







 Wykrój tuniki pobrałam ze strony Papavero . Oczywiście dokonałam niezbędnych poprawek, czyli skróciłam rękawy (bo na takie jak w przepisie po prostu nie wystarczyłoby mi materiału) i zrezygnowałam z gumki w talii , bo tali nie mam i nie będę udawała, że jest inaczej. Materiał to pomarańczowa, bardzo elastyczna bawełna  o szerokości 180 cm i długości 98 cm. Tkaninę złożyłam na pół i powstał mi prostokąt o bokach 90/98 cm. Przecięłam i otrzymałam 2 kawałki, z jednego wyszedł przód, z drugiego tył, a z resztek wycięłam odszycia. No i do roboty...


Tu wycięty przód. Po lewej stronie wykroju mamy linie złożenia materiału. To ważne, aby nie przecinać w tym miejscu, gdyż chcemy mieć przód w jednym kawałku, bez szwa na środku.



Wycięte odszycie dekoltu. Na górze odszycie przodu, na dole - tyłu. Tylne jest w dwóch kawałkach, ponieważ przepis przewidywał w tunice suwak na plecach. Ja z suwaka zrezygnowałam, gdyż szyłam z bardzo elastycznej tkaniny i bez problemu przechodzi mi przez głowę



Odszycia kładziemy lewą stroną do wierzchu, na to kładziemy fizelinę, klejem do materiału (radzę dobrze uważać, bo już nie raz, z rozpędu i gapiostwa przysmażyłam sobie fizelinę do żelazka) i przyciskamy miejsce po miejscu. Uwaga - nie ciągamy żelazka, bo spowoduje nam to rozciągnięcie zarówno fizeliny jaki materiału.



Po przeprasowaniu odcinamy nadmiar fizeliny. Można usztywnienie wyciąć na miarę przed przyprasowaniem, ale ja wolę ten sposób, bo mam pewność, że fizelina będzie miała dokładnie taki kształt, jaki ma mieć.



I zszywamy wszystkie kawałki. Szew na szerokość stopki.



Układamy materiał prawą stroną do prawej i zszywamy, także na szerokość stopki. Postępujemy tak najpierw z ramionami, a potem ze szwami bocznymi



Po zszyciu obrzucamy overlockiem (lub zygzakiem jeśli nie posiadamy takiego udogodnienia) wszystkie szwy, dół tuniki, doły rękawów i zewnętrzną część odszycia. Pozostawiamy nieobrzucony dekolt, co pokazuję grubym paluchem.



Naszą bluzkę przekręcamy na prawą stronę a odszycie na lewą. Teraz układamy odszycie prawą stroną do prawej strony dekoltu. Szwy boczne odszycia powinny się znajdować nad szwami ramion bluzki. Odszycie przypinamy gęsto szpikami aby nam nie przesunęło sie w trakcie szycia. Przypinając musimy trochę wdawać krawędź dekoltu, gdyż odszycie z zasady jest krojone ciut węziej, aby ładnie trzymać dekolt.



Przekręcamy bluzkę na lewą stronę i przyszywamy odszycie. Szew na szerokość stopki lub trochę węziej. Jeśli szpilki wbijemy sobie właśnie w ten sposób nie będą nam wchodzić pod stopkę i nie trzeba będzie je wyciągać w trakcie szycia.



Po przeszyciu przycinamy szew na ok. 0,5 cm



I teraz bardzo ważna rzecz. Otóż należy naciąć zapas dookoła dekoltu i to naciąć aż do samego szwu, uważając jednak, by go nie przeciąć. Taka operacja spowoduje, że nasz dekolt będzie się ładnie układał



Tu zbliżenie na ten szczegół



Następnie, za pomocą żelazka zaprasowujemy zapas szwu na odszycie.



Podkładamy pod stopkę, pomagając sobie w ten właśnie sposób paluchem



I stebnujemy po prawej stronie, ale tak aby przyszyć zapas szwu do spodniej części odszycia



Tak to wygląda z prawej strony



A tak od spodu. Jak widać niezbyt dokładnie mi to wyszło



Podwijamy dół bluzki oraz rękawy



O właśnie tak



Zaprasowujemy odszycie, przeprasowujemy szwy , podłożenie dołu i rękawów



I ostatnia czynność, czyli ręczne przyszycie dolnej krawędzi odszycia do szwa  na ramieniu (oczywiście robimy to na obu ramionach). zapobiega to wychodzeniu odszycia na wierzch przy zakładaniu jak i noszeniu







 Jeszcze raz dla przypomnienia rzut oka na to co powstało.






I to tyle. Właśnie uszyłam tunikę. Jeśli chcecie bluzkę, to skracacie formę, jeśli zamarzy Wam się sukienka to ją przedłużacie. Ot i cała filozofia.
Mam cichą nadzieję, że cokolwiek rozjaśniłam w sprawach szycia i że B. czuje się choć w minimalnym stopniu usatysfakcjonowana.


No i jeszcze przyznam się do czegoś. W poprzednim poście deklarowałam, że powstanie haftowana tunika. ale powiem Wam w tajemnicy, że tak mi się podoba ta bluzka w wersji minimalistycznej, że haft zostawię sobie na inny model. Nie chcę jej zepsuć jakimiś wynalazkami. Biegnę więc obmyślać kolejny projekt. Pa, pa.

poniedziałek, 27 sierpnia 2012

Zrób sobie motylka

Po kilku dniach zdrady maszyny do szycia na rzecz drutów (które dają mi się do wiwatu, ale o tym potem) powoli dojrzewam znów do krawiectwa. Projekt bluzki, z pewnym ociąganiem, zaczyna nabierać już jakichś realnych kształtów. Wiem na pewno, że będzie haftowana (no chyba, że wcześniej ja się pochoruję z racji tych drutów, ale o tym później). No i wszystko byłoby fajnie, bo przecież szyć umiem jako tako, haftuję też jako tako, w każdym razie można to ludziom pokazać. Jedyny szkopuł to materiał. Albowiem umyśliłam sobie bluzkę z czegoś tak pomarańczowego i rozciągliwego, że nie wiem. Szyć to to ledwo się daje, bo mam już kubraczek z takiego czegoś, tylko że ecru i wiem o czym mówię. Mój leciwy Łucznik ma wysypkę, delikatnie rzecz ujmując, na widok tego dziadostwa i straszne fochy stroi i muszę nieźle kombinować co mu przykręcić a co odkręcić, by łaskawie zaczął działalność gospodarczą. Ale się jakoś daje radę. A drugi szkopuł to rzeczony haft. Bo, jak pewnie wiecie, elastyczne szmatki średnio nadają się do takiej artystycznej działalności. Na szczęście są sposoby by je sprowadzić na dobrą drogę i zrobić sobie to, co chce się zrobić.
Dlatego też, po raz pierwszy, a mam nadzieję, że nie ostatni, przedstawiam Państwu poradnik, jak sobie wyhaftować - nie tylko motylka.

 Składniki potrawy:
1. elastyczna tkanina, która w końcowym efekcie przyjmie kształt tego co chcemy sobie uszyć
2. fizelina - że tak powiem, gwóźdź programu
3. żelazko - dodatek do gwoździa
4. kolorowe nitki (kordonek, wełna, mulina) + igła - bo jakoś trudno mi sobie wyobrazić haftowanie bez tych elementow
5. ołówek do narysowania dzieła
5. no i takie oczywistości jak deska do prasowania i gruby ręcznik jako podkładka

No i zaczynamy gotować...

"Najsampierw" podklejamy lewą stronę materiału fizeliną.

Po lewej materiał po prawej fizelinka. W celach dydaktycznych wycięłam taki sam kawałek fizeliny co i materiału. Nie jest to konieczne. Fizelina musi być po prostu o parę centymetrów większa od haftowanego cuda.

Naprasowujemy fizelinę na lewą stronę. żelazko mam nastawione na bawełnę, czyli grzeje ostro. Nie wiem, czy tak jest fachowo, ale zawsze tak prasuje i zdaje egzamin. Aha, i nie ciągamy żelazka jak pługa po ugorze, tylko delikatnie z pieszczotą, przykładamy na kilka sekund kawałek po kawałeczku. To tak na przyszłość, gdybyście chciały/chcieli  wyhaftować np. Panoramę Racławicką na bluzce, bo przy małych formach to cały wzór i tak chowa się pod żelazkiem.

Składniki w całej okazałości, łącznie z malunkiem, który udaje motyla

No i haftujemy. Tu użyłam kordonka, który jest trochę za gruby do tej tkaniny, ale to z lenistwa, żeby robota poszła szybciej. Wyszywając, mimo wszytko uważajcie, by nie naciągać nitki zbyt mocno. Za słabo też nie (no, daje rady godne samych filozofów), chodzi o to by nie było za luźno ani za mocno ściągnięte.

Po wyszyciu (czasu nie podaję, bo wstyd) oddzielamy z ostrożnością dochodzącą do maksimum, materiał od fizeliny. Oddzielamy aż do krawędzi haftu.

Następnie bierzemy nożyczki (im mniejsze tym lepsze, bo dokładniejsze) i ciachamy fizelinę dookoła motylka, czy innego naszego stworka-potworka. Nie martwy się, że ciachamy nierówno. W końcu to nie praca doktorska, a i pod spód mało kto nam będzie zaglądał. A jak zajrzy, to na 100% nie w celach krawieckich....

Tu właśnie prezentuję jak to u mnie wygląda.

Właściwie dopiero teraz potrzebny nam jest ręcznik, bo przystępujemy do prasowania naszej dłubaniny. Prasujemy na lewej stronie i dlatego na ręczniku, by nie spłaszczać wzoru, i by nam się haft nie wyświecił.


A oto gotowe dzieło. Dobra, zgadzam się, że do motyla to on ma lata świetlne. Krzywe to, i jakieś nie dorobione, Wybaczcie... Myślę jednak, że  spełnił swoją rolę kaganka oświaty, więc darujmy mu jego braki w urodzie. Natura nie wszystkim daje po równo.




Taki sposób umieszczania haftu może się przydać zwłaszcza mamom, które za chwilę poślą swoich potomków do przedszkola, a tam trzeba mieć podpisaną poszeweczkę na podusię i kołderkę, no i piżamkę. W przypadku dwóch pierwszych rzecz łatwiejsza, bo z reguły w grę wchodzi jakaś bawełna, ale piżamka.... Mogę dać sobie odciąć jakąś zbędną kończynę, że będzie wykonana z elastycznego materiału, a wtedy poradnik jak znalazł.
    

   A wracając do drutów. Tak się ekscytowałam tą moją włóczką, że taka piękna, mięciutka, musztardowa, że w ogóle nie zwróciłam uwagi jakie to cienkie. Od soboty nic, tylko robię i pruję - pruję i robię, bo żaden wzór na tym nie wygląda. Zrobienie 5 cm zajmuje 5 godzin. Polecam ją wszystkim pokutnikom. Jak nic, odechce się grzeszyć na najbliższe ćwierć wieku. Nie macie więc co liczyć, że w najbliższym czasie pochwalę się druciarnią, bo w taki tempie, to gdzieś koło Bożego Narodzenia pewnie, dorobię się ściągacza a przy okazji nerwowego tiku, czy jakiejś innej zakaźnej choroby. No, ale cóż. Kupiło się to i trzeba zrobić. Żegnam zatem i idę odprawiać modły. Może pomogą. Pa, pa.


piątek, 24 sierpnia 2012

Nominacja do Liebster Blog Award

Szok
Szanowny Małżonek wraz z psem i kotem unikają mnie jak mogą. (tzn. oprócz godzin wydawania paszy, bo jeść lubią wszyscy). A unikają z prostego powodu. Nie da się ze mną wytrzymać. Chodzę  z zadartą brodą, gadam jak najęta i piętnaście razy dziennie pytam się, czy widział już  moją nominację od LolaJoo do Liebster Blog Award. A on mówi, że widział już z piętnaście razy i więcej to już nie zdzierży i w ogóle to kto nominuje bloga co to nawet nie ma miesiąca. No ta ja mu mówię, że LolaJoo, a on - że  LolaJoo to powinna dostać nagrodę za swojego bloga a ja to jej mogę ewentualnie posprzątać mieszkanie.
   Oszukuję Was trochę. Szanowny cieszy się tak samo jak ja, a fragment o sprzątaniu dodałam z własnej woli (bo bardzo lubię bloga Asi). A ta nominacja dała mi tak potężnego kopa energetycznego, że kofeiny to nie tknę przez najbliższe 2 tygodnie. LolaJoo - dziękuję.

  A teraz, żeby stało się zadość regulaminowi, muszę odpowiedzieć na
11 pytań zadanych przez nominującą,
napisać o 11 rzeczach, których nikt nie wie na mój temat,
zadać 11 pytań
i nominować 11 osób

A nominująca jest bardzo pobłażliwa i zadała tylko 5 pytań, za co jej serdecznie dziękuję, bo przy szóstym to na pewno skończyłaby mi się wena i zaczełabym przymarudzać. Na dowód mego ograniczenia możecie obejrzeć sobie mój mózg, co na pewno, bez żadnych wątpliwości potwierdzi moje słowa. 




A oto pytania od LolaJoo:

1. Ile razy w miesiącu uprawiasz jakiś sport ?  (LolaJoo napisała, że Intensywnie Kreatywna może nie odpowiadać bo pewnie wszystkim znów szczęka odpadnie).
No nie wiem, czy Intenywna uprawia więcej sportów ode mnie.. Policzmy

1. Poranne przeciąganie się pod kołderką.
2.Uprawianie joggingu od okna do drzwi, aby wpuścić lub wypuścić kota.
3.Bieg z przeszkodami do lodówki (przeszkody to np. mąż blokujący dojście)
4.Podnoszenie ciężarów (typu: kubek z kawą, talerz  z zupą, pilot od telewizora, no i prawdziwy hardcore - dźwiganie słoika z Nutellą)
5. Pływanie synchroniczne w wannie pełnej piany.
   no i oczywiście
6. Walenie w enter w czasie krótszym niż trwa dorwanie się Szanownego do kanały sportowego (człowiek nie czuje jak mu się rymuje).


No i co, Intenywna moja przyjaciółko. Kto uprawia więcej?


2. Dlaczego jedzenie pomidorów z ogórkami troszkę się mija z celem

No, to pytanie jest tak oczywiste, że aż strach. Przecież nie ma sensu jeść ogórka z pomidorem, bo kanapkę je się z MIĘCHEM.

3. Czy urządzasz przyjęcia urodzinowe dla swoich dzieci za pomocą osób trzecich??Osoby bez dzieci raczej wiedzą, że maja nie odpowiadać.

Potomków nie posiadam ale se odpowiem, a co?
Przyjęcia - żadnego - nie oddałabym w organizację "osobom trzecim" bo -żadne obce stworzenie nie będzie się pałętać  po MOJEJ kuchni i zaglądałć w MÓJ bałagan. My kitchen is my castle! Choć nie cierpię gotować! Chyba, że organizacja nie obejmuje mojego lokalu, to i owszem bardzo chętnie.

4. Co planujesz uszyć w najbliższym czasie??

Ło jeju. Żebym ja to wiedziała. Jak zdażało mi się iść do sklepu po spódnicę to wracałam z dwoma parami spodni i ozdobnym portfelikiem. Jak na blogu napisałam, że następny post o  sukience,  to najpierw napisałam o archiwalnych Burdach. Ja tak nie mooooogę!

5.Dlaczego Kopciuszek dawała się tak ciorać Siostrom i Macosze??

Dawała się ciorać, bo nie było telewizji śniadaniowej i nie miał kto tej biednej sierotce powiedzieć, że można podważyć testament po zmarłym tatusiu i  wyciurlać szanowną macochę wraz z przydatkami z zajmowanej nieruchomości i samej ogłosić się panią na włościach.(no teraz to mi się dostanie od wszystkich).

To tyle w sprawie przepytywanki, a teraz rzeczy na mój temat, o których nikt nie wie.
No i tu mam zagwozdkę. Bo jak o nich napiszę to to już nie będzie tajemnica. A z kolei "kuntura osobista" wymaga, aby coś napisać. Mam więc rozwiązanie godne samego biblijnego Salomona. Oto przed wami moja lista. W miejsce kropek wpiszcie co Wam się żywnie podoba. Może to będzie prawda?


Nikt nie wie, że...
1. Lubię........
2. Chciałabym....
3.Nie potrafię.......
4.Zrobiłam........
5.Jestem.......
6. Umiem
7.Byłam
8.Nigdy nie......
9.Zawsze.........
10.Kiedyś......
11. Wolę.........

No - jestem genialna.

A teraz proszę się wypowiedzieć na poniższe tematy.
1.Co robisz, kiedy nic nie robisz? (wychodzę z założenia, że nigdy nie robi się NIC)
2.Twój sposób na niechcianych gości (jeśli tacy Ci się zdrarzają)
3.Co poprawia Ci humor?
4.W którą stronę mieszasz herbatę :) ?
5.Jak mówisz do męża, dziecka, koleżanki (niepotrzebne skreślić), że coś leży w pierwszej szufladzie, to masz na myśli pierwszą szufladę od góry czy od dołu. Pytam, bo u mnie jest z tym problem. 
6.Planując dzień, wolisz na dzień dobry, zająć się najgorszą robotą i mieć święty spokój, czy odkładasz niemiły obowiązek zajmując się najpierw czymś przyjemniejszym (picie kawy, przegląd prasy i tym podobne)?
7.Czy zdażyło Ci się uśmiechnąć do nieznajomej/nieznajomego na ulicy, tak bez wyraźnej przyczyny?
8.Co Ci się kojarzy ze słowem  "kobieta"?
9.Jak sobie radzisz z zimową depresją, jeśli ją posiadasz?
10. Słysząc "maj" myślisz o...
11. I ostatnie pytanie-wyzwanie, Lubię gdy.....


I moi nominowani.



 A szycie leży i kwiczy, bo Wioletka kupiła włóczkę, piękną, musztardową i wzięła się za drutowanie (nie, nie świń, tylko tej włóczki). Mam nadzieję, że szybko coś "udzieję" i się tym pochwalę. Choć na szycie też mam pomysł i nie wiem za co się najpierw zabrać. Pewnie skończy się jak zawsze, czyli w jednym kątku druty, w drugim szydełko, w trzecim maszyna do szycia, a w środku ja i mój Szanowny, oboje z obłędem w oczach, chociaż każde z innych powodów. No cóż, zawijam kiece i lecę, bo wena nachodzi i trza ją czymś nakarmić. Pa, pa.


wtorek, 21 sierpnia 2012

Stunningowana

Wszystkie z Was szyjących,  znają problem mierzenia tego, co akurat przybiera formę bluzki, sukienki czy  innej części garderoby, która właśnie wychodzi spod naszej maszyny. Te hektolitry potu wylewane przy kolejnej rozbierance i ubierance. Ten notoryczny brak dodatkowej ręki  akurat w momencie kiedy trzecia ręka jest jak najbardziej niezbędna. Albo, co gorsza zanik trzeciego oka, tego z tyłu głowy, pozwalającego nam ocenić podkrój szyi czy "długość od ramienia do talii mierzona w linii prostej". Ja też w ciągu ostatnich tygodni intensywnego uprawiania krawiectwa z niepokojem odkryłam, że nie posiadam na stanie co najmniej kilku narządów pozwalających na swobodne i niczym nieskrępowane tworzenie tego, co właśnie chcę stworzyć. Decyzja była błyskawiczna i z nikim nie konsultowana. Robię klona, znaczy się mojego osobistego manekina. Dzieło to będzie doskonałe, bo przecież będzie odzwierciedlać moje boskie kształty (wszystkich innych bogów przepraszam za egocentryzm). Skończą się udręki z rozbieraniem ubieraniem i brakiem dodatkowych  odnóży i narządów wzroku. Dlatego też dzisiejszy dzień minął pod szyldem - przeróbta co się da. 
       Zaczęło się z samego rana, czyli jak dla mnie koło 11-tej, od wizyty mojej siostry. A skoro już się dorwałam do jakiegoś żywego organizmu, który nie ucieka na mój widok to postanowiłam wykorzystać tę biedną istotę do wprowadzenia mego niecnego planu w czyn. Szanowny małżonek został wysłany, jak zwykle po mamuta, a siostra obdarowana taśmą klejącą i nożyczkami, choć nie bez obaw i z zapewnieniem przestrzegania przepisów BHP. No i się zaczęło.
   Kleiła ta sierotka i kleiła. I już zaczynałam myśleć, że mam rozmiary boiska do futbolu amerykańskiego, bo ona ciągle kleiła. a im więcej kleiła, tym mniej ja mogłam oddychać. I choć miechy to ja mam, to zaczynało mi migać przed oczami i co najgorsze, nieuchronnie zbliżała się wizyta w łazience (bo oczywiście najpierw znieczuliłam siebie i ją potężna dawką kofeiny). Na szczęście się skończyło. W lustrze ujrzałam coś na kształt  gorsetu lub raczej formy gipsowej. Podrapać się po nosie to to raczej nie pozwalało, nie mówiąc o podrapaniu się po zgrabnej łydce. Jednym słowem - ZBROJA. 
     Fachowo przecięte i zdjęte przyjęło formę zdechłego flaka. Ale wypchało się to gazetami i okazało się, że wszystko jest na swoim miejscu (tak szczerze mówiąc., to strasznie mnie zdziwiło ile miejsca mam  w środku organizmu). Mam więc nieskrywaną przyjemność przedstawić Państwu Pancerną Helę 



Pancerna Hela świeci jeszcze golizną, ale po porodzie to przecież nikt nie jest ubrany


Ale nie myślcie, że nic nie uszyłam. Uszyłam, a jakże. Też rodzaj tuninngu, bo materiał z SH w rozmiarze namiotu weselnego. Dzięki rozmiarom miałam z czego ciąć i skracać i teraz tak patrzę i się dziwię, że mi tak mało materiału zostało z tego pierwotnego modelu. No i skoro bluzka z przeróbki, i Pancerna Hela z przeróbki (bo pod spodem bluzka, w której już nie chodziłam) to i ja poczułam, że muszę poddać się jakiejś ekstra, super, high  przemianie no i wylądowałam u fryzjera. Więc moi mili zapraszam na przegląd w stylu "jak ze starego zrobić nowe", lub w przypadku mojej osoby "jak zaszpachlować stare, żeby wyglądało jak młode".



Podpięłam szpilkami, żeby było lepiej widać



Nowa ja w nowej bluzce.


I cudaczny kołnierzyk, którego miało nie być, ale jest i się bardzo cieszę. No i oczywiście pierwszy występ Pancernej Heli.


Hela wygląda całkiem smakowicie, ale jak się będzie sprawowała to się okaże. Niby dobrze jej patrzy z ... (no właśnie -  nie z oczu) z czegoś tam. to jej chrzest dopiero przed nią. Trzymajcie kciuki. Pa, pa.


wtorek, 14 sierpnia 2012

Kup se, zrób se lub narysuj.

Z cyklu - Adam Słodowy poleca. Dla tych co nie wiedzą, bo są młodzi - to był taki Pan za czasów ukochanego PRL-u, który w telewizji pokazywał jak np. z wieszaka na ubranie zrobić antenę telewizyjną. Taki polski McGaywer.

      Ale ja dziś  nie o telekomunikacji ani cyfryzacji chcę pisać, ale o frywolitkach. Choć szczerze mówiąc, kiedy po raz pierwszy brałam się za tą technikę, to miałam o niej takie samo pojęcie jak o fizyce kwantowej mam teraz. Co więcej, wszystkie opisy, na które trafiałam przemawiały do mnie równie skutecznie jak opisy budowy rakiety. Bliska byłam uznania się za osobę niepoczytalną, mało kumatą, albo za bliskiego krewnego muszki owocówki. Tak nerwowo reagowałam na słowo - frywolitka. Ale jak to baba, co to idzie tam gdzie diabeł mówi "nie, dziękuję" się uparłam. Chora  ambicja wzięła górę. Ne mogłam sobie pozwolić, żeby w moim rękodzielniczym CV zabrakło takiej umiejętności. Skoro inni mogą, to i mnie da się nauczyć. Po prostu, mam pewnie mniej połączeń między półkulami mózgowymi (czy co ja tam mam w środku) i ten proces musi trwać dłużej. Zaparłam się nogami, rękami , zębami. Tak, czasami zęby tez mi się przydawały, kiedy okazywało się, że brakuje mi co najmniej jeszcze jednej kończyny, żeby sobie przytrzymać. Klęłam, wycinałam nieudane fragmenty (bo we frywolitce raczej niczego nie wyprujesz, musisz wycinać, albo zaczynać od początku), wiązałam, przeciągałam, odkładałam i brałam się z powrotem za robotę z chorym błyskiem oczu  i pianą na pysku. Bliska histerii i długoterminowego pobytu na oddziale zamkniętym, dopięłam swego. Po ok. dwóch miesiącach powstało coś, co ewentualnie, z wielkim pobłażaniem i zrozumieniem dla początkującego adepta tej trudnej sztuki, można było nazwać serwetką. Miało to to z 15 centymetrów średnicy i, tak szczerze mówiąc niewiele przypominało koło, ale po konkretnym potraktowaniu żelazkiem dało się położyć pod talerzyk.

       Zachęcona tym dokonaniem i po odpowiednio długim odpoczynku wzięłam się ostro do roboty. Poszło gładko. Chyba wszystkie nerwy wykorzystałam przy pierwszej dzierganinie. Owszem, myliłam się, plątało mi się, zapominałam o jakimś łuczku, ale to były drobnostki. Już nie zdarzyło się, żebym musiała coś wycinać (a to boli jak nie przymierzając leczenie kanałowe).
       
      Pochwalić się Wam mogę jedynie frywolitkowymi kołnierzykami. Udziudziałam jakieś serwetki, ale nie mogę ich znaleźć na tych moich 45 m kwadratowych. Jak będę pisać o szydełkowaniu, to pewnie wtedy wylezą z jakiegoś kąta.. A kołnierzyki są podobno teraz "must have", więc proszę bardzo.



Moją gębę znacie, więc nie ma co tu świecić szkodami wyrządzanymi przez czas. Skupmy się na kołnierzyku




Wersja trochę bardziej minimalistyczna




Okazuje się, że jedna serwetka nie wytrzymała pogróżek i wylazła na wierzch -  słabeusz. Reszta jednak kryje się po kątach. Ale do czasu. Będę wytrwala i was dorwę, he, he, he.




I zbliżenie na szczegóły...




...i ich ciąg dalszy.


Jak widać mistrzem w tej sztuce to ja nie jestem. Bo i łuczki krzywe i łezki jakieś takie powyginane. Ale jak sobie przypomnę moje pierwsze dzieło, to to co widzicie, jest po prostu majstersztykiem. Dlatego też z tak bezkrytycznym zachwytem udostępniam te moje wypociny szerokiej publiczności. 

    Technika wymagająca. Nie tylko czasu, ale i ogromnego hartu ducha, żeby nie walnąć tego czegoś po 15 minutach jęków, stęków i złorzeczeń. Terapią na sterane nerwy to chyba nigdy nie będzie, przynajmniej w moim przypadku. Ale jak już coś wyjdzie, to się głupia baba cieszy, jakby co najmniej garnek złota znalazła. Dlatego, mimo wszystko polecam. Przecież nie wiadomo jakie jeszcze talenty w nas drzemią (a poza tym czemu sobie nie uprzykrzyć życia). A ja biegnę dalej, bo się zimno zrobiło i trzeba sobie zrobić jakiś sweterek, gdyż, bo, ponieważ w sierpniu to przecież konieczne :).







czwartek, 9 sierpnia 2012

Jak uszyć prostą sukienkę?

    Oj, należał się ten materiał, należał. Siedział w kącie, kwilił cichutko, ale ja twarda byłam. Nie dałam się nabrać na te nienachalne acz upierdliwe zaczepki. Od tego leżenia to już chyba nabrał mocy ustawy Rady Państwa. Zrobiłam więc sobie przerwę od tych wszystkich Burd (tak, tak, ciągle oglądam i zaznaczam, zaznaczam, zaznaczam...) i zwróciłam me łaskawe oko w miejsce skąd dochodziły te dziwne dźwięki. Nie mogłam tego dłużej ignorować, bo nawet mój Szanowny Małżonek rzucił mi dzisiaj w twarz, że się zapuściłam, bo nic tylko kartkuję
 a robota leży,
a na blogu trzeba coś pokazać,
a w ogóle to tyle mam tych materiałów, że to grzech nie szyć
 i że on to by już dawno
i niech ja sobie nie myślę, że on dziś ugotuje obiad, no ewentualnie pozmywa.
Żeby już tak nie ględził, kiwnęłam łepetyną, że wiem, że tak, ma rację i w ogóle to co ja bym bez niego zrobiła i w  jakiejś ostatniej chwili rozsądku wysłałam go po mamuta (czyli wiadomo - trza zrobić zakupy). Poszedł. Uff....
   Ale, żeby nie było, że się tak daję pomiatać, najpierw "roztworzyłam" internet, coby zobaczyć czy coś ciekawego dzieje się tu i ówdzie .No i właśnie ówdzie, na czacie popularnej witryny społecznościowej spotkałam mą siostrę rodzoną , z którą to omówiłam parę niecierpiących zwłoki spraw (np. co robi tak wcześnie na czacie, a kiedy do mnie przyjedzie, no i oczywiście czy czyta mojego bloga, bo dziś będzie nowa kreacja). Zeszło nam na tym całe, miłe 20 minut, ale co tam. Rodzina najważniejsza. Szybko (łał) się pożegnałam wymawiając się szyciem, sie wie. I zaczęłam przygotowania. No i właśnie z tych przygotowań wziął się obecny tytuł dzisiejszy. Bo, nie wiem czy wiecie jak uszyć prostą sukienkę?

    Otóż po pierwsze primo
- nie szyjemy z batystu. Może to i ładne, może i przewiewne, ale jeśli wasza maszyna do szycia mówi stanowcze NIE takiej materii, to nie ma bata, trzeba sobie darować.
    Po drugie primo:
- nie planujemy na ten dzień obiadku, prania, mycia i układania włosów, porządków (niepotrzebne skreślić)  i tym podobnych bezsensownych działań.
    Po trzecie primo
- nie "roztwieramy" internetu, bo choć pożegnasz się z siostrą, to przecież musisz jeszcze sprawdzić pocztę, zajrzeć na obserwowane strony no i tak w ogóle zorientować się co w świecie dzikich słychać.

    Suma summarum popełniłam te wszystkie wykroczenia wręcz z przerażającą premedytacją, niepomna wcześniejszych podobnych sytuacji, kiedy to włos leciał z głowy gęsto z powodu niedoczasu i braku dyscypliny (chociaż teraz tak sobie myślę - a kto ci kobieto kazał dziś szyć sukienkę? Trzeba se było poleżeć i pooglądać gazetki). Ale się uparłam. I wiecie co - wszystko zrobione. I obiadek i mycie włosów i porządki - skromne, bo skromne, ale porządki - no i sukienka uszyta. Jak zwykle przy akompaniamencie podwórkowej łaciny i zarzekania się, że nigdy więcej, ale jest. Fajnie leży, ma zarąbiste kolorki i tylko czeka na temperaturę powyżej 25 stopni, bo jak tak dalej pójdzie to zacznę już szyć na zimę. Może utrafię bardziej z fasonem. Zatem Panie i Panowie - przed Wami "Prosta Sukienka"



Ja biegałam za słońcem a Ślubny biegał za mną.









W Świątyni Dumania




Akcent rozweselający





I zgrabne zakładeczki przy dekolcie



Po raz pierwszy chwalę się także spodnią stroną garderoby. No tak mi ładnie wyszła ta podszewka, że nie mogłam sobie odmówić

Wykrój Diana Moden 4/2012, model 46 Simplicity
Materiał to wspomniany batyst (zarówno kolorowy jaki biały) plus coś strasznie sztucznego i fioletowego na pasek.

 Mam nadzieję, że to koniec perypetii z "prostą sukienką". Dała mi popalić równie mocno co moja czerwona szmata (kto czytał ten wie, nowicjuszom polecam post "Czerwono mi"). Ja już myślami jestem przy następnym projekcie, ale nie będę się Wam jeszcze chwaliła, bo ostatnio mi się zeszło i było mi głupio, że się nie wywiązuję. Lecę grzebać w gałganach, jak to mówi mój Szanowny. Pa.

poniedziałek, 6 sierpnia 2012

Wspomnień czar

Wiem, wiem, obiecałam Wam coś ekstrawaganckiego, kolorowego i w ogóle tańce na kiju. I co? I nic? No może nie do końca, bo coś dla Was mam. A jak to zobaczycie, to  jestem pewna, że dostanę rozgrzeszenie i odpuszczenie grzechów (a jak nie, to nie wiem).
Otóż moi drodzy, od soboty żyję w transie, Nie jem (ta, sraty - taty), nie pije (no prawie), nie śpię (ha,ha,ha). A dlaczego? A dlatego, że w sobotę około godz. 17:30 zostałam dumną posiadaczką szesnastu roczników Burdy, począwszy od roku 1966 a skończywszy na 1981. Tadam! Oprócz tego zgarnęłam pięć roczników Pramo - lata 64-66 i 87-88 a na deser Neue Mode - 65, 70-72 i 81.
Co to się działo w niedzielę. Przejrzałam połowę, zaczęłam po śniadaniu skończyłam przed kolacją (tak a propos mojego nie jedzenia, w międzyczasie był tez obiadek) i wszystko mi się podobało. I lata sześćdziesiąte ze swoimi pudełkowymi formami, i siedemdziesiąte z falbankami, długaśnymi kołnierzykami i całą resztą ogólnie przyciasną. No, może najmniej szalałam przy latach osiemdziesiątych, bo takiej ilości poduszek to ja nie mam w domu, biorąc nawet pod uwagę komplety dla gości. A czego to ja nie chcę uszyć. Modeli wybrałam ze czterdzieści. Co strona, to był jakiś och i ach. Szanowny Małżonek zaczął się niepokoić, chciał biegać po walerianę (no nie, w moim wieku kropelki? Po jasnym pełnym byłam jak nowo narodzona). Gdyby nie to, że szkła okularów zaszły parą i moje chabrowe oczęta upodobniły się do szczurzych, czerwonych ślepiów, to chyba zastałaby mnie północ. Więc  padłam. Dziś już chciałam biec, oglądać, wertować, ale patrząc w przerażone oczy ślubnego poddałam się. Odgruzowałam jaskinię, ugotowałam paszę, nakarmiłam męża, psa i kota i stwierdziłam, że zanim oddam się temu zgubnemu nałogowi podglądactwa najpierw do Was napiszę. Przecież jak siądę do tych czasopism to nie wiem kiedy wstanę a rola będzie leżała odłogiem.
 Ale, ale, żeby nie być gołosłownym (czy gołosłowną?) pstryknęłam kilka fotek dokumentujących to zjawisko. Zapraszam więc na ucztę. Aha, to są zdjęcia  z roku 1966.






Piękny, biały komplet, wyszywany koralikami. Czy komuś dzisiaj chciałoby się tak dłubać?




A na głowę uroczy, wiklinowy koszyczek.






Do sukienki wkładamy odpowiednie obuwie, najlepiej ze wzorem "identycznym z naturalnym"






Trochę mnie zastanawiała tabela rozmiarów. Znalazłam mój rozmiar i sprawdziłam poszczególne obwody. No i przeżyłam szok. Biust się zgadzał, biodra też ale talia to była jazda. Bo według nich powinnam mieć o 12 cm mniej niż mam. Cóż było robić. Słownik w rękę i dawaj szukać o co to chodzi. No i znalazłam. Wszystkie podane wymiary przyjmują, że nosisz to co widnieje na zdjęciu powyżej - wielki, ciasny i niewygodny gorset. Wyobrażacie sobie. Rewolucja seksualna, emancypantki, dzieci-kwiaty, a ty się wbijaj w gorsecik kochana, bo jak nie to nici z wykrojów Burdy. No ręce opadają.










A tu ostatnia ciekawostka. Burda prezentowała także modele dla starszych pań. Spokojniejsze w formie, takie ugłaskane. Co prawda, były chyba traktowane trochę po macoszemu, bo głównie publikowano czarno-białe zdjęcia tych modeli, ale udało mi się znaleźć to w kolorze.
Mam nadzieję, że się Wam podobało (mam tego więcej i nie daruję sobie jak jeszcze czegoś nie pokażę). Solennie jednak obiecuję, że następny post będzie traktował o mojej kreacji, która "prawie" jest uszyta, prawie- bo na razie skroiłam przód  podszewki.Lecę więc do roboty. Pa.