środa, 1 sierpnia 2012

A propos szuflady

Tak  pisałam o tej szufladzie, że tak do niej wrzucam i wrzucam, że postanowiłam w końcu tam zajrzeć. I co się okazało? A no to , że pełna jest prawdziwych skarbów, które leżą tam zagrzebane, niepamiętane a może niechciane. Zrobiło mi się żal, tych bieżniczków, obrusików i serwetek. Tak oto ujrzały światło dzienne a wraz z nimi i ja, bo korzystając z pięknej pogody opuściłam swoją jamę i zrobiłam parę fotek na ogrodzie. Efekty poniżej.



To pierwsza serweta, którą odważyłam się wyhaftować haftem płaskim. Bałam się
tej techniki jak  ognia. Ze nie wyjdzie równo, że będzie widać każdy ścieg i takie tam inne jęki, byleby tylko nie brać się za robotę. Na szczęście zwyciężyła ambicja i serweta wyszła jak ta lala. Szydełkowa koronka to już był pikuś





Tu z kolei walczyłam i z materiałem i z koronką. Z materiałem, ponieważ jest rzadki i każda próba wkłucia szydełka kończyła się siepaniem całego brzegu a z koronką, bo nie lubię tej techniki, czyli filetu. Nudzi mnie to wyrabianie całych połaci krateczek i liczenie czy aby na pewno się nie pomyliłam. Niby mówią, że to technika dla początkujących - taka łatwa i nie wymagająca - ja tam wolę bardziej skomplikowane schematy. Przynajmniej się nie nudzi przy robocie





Zbliżenie szczegółu. W efekcie jest bardzo urocza, więc wybaczam jej tę całą łacinę, którą ją obdarzyłam przy powstawaniu. Niech jej ziemia lekką będzie.







Ten sam materiał co poprzednio, więc nie będę już pisała jak bardzo go lubię. W sumie to jestem chyba głupia, żeby dwa razy brać się za taka robotę. Hm.....









Za to ta serwetka wynagrodziła mi męki i cierpienia przy poprzednich pracach. Szyło się miło, można było zerkać na telewizor. No po prostu miodzio







A oto moje cudo. Mój Mount Everest. Nie powiem dzieło życia, bo mam nadzieję jeszcze stworzyć coś monumentalnego, ale powiedzmy, że blisko. Najbardziej pracochłonne z moich wykonów, ale jak satysfakcjonujące. Patrzcie i podziwiajcie. Oklaski chetnie widziane(znaczy słyszane)









Obrusik w sam raz na letni piknik. Szkoda tylko, że romantyczny nastrój psują komary i raczej myślisz o drapaniu a nie o kochaniu








To niestety nie moje dzieło a mojej dobrej znajomej. Postanowiłam je jednak tu pokazać, ponieważ mereżka jeszcze długo pozostanie dla mnie pieśnią przyszłości. To wyciąganie nitek, liczenie każdej, oplątywanie - brrr......Normalnie koszmar z ulicy Wiązów. Tym bardziej podziwiam tych, którzy nie zniechęcają się tym i dziergają, dziergają, dziergają.

Pomysły na tą "galanterię" zaczerpnęłam z niemieckich wydań czasopisma "Anna" niestety nie potrafię powiedzieć z jakich konkretnie numerów. 

I to by było tyle na dziś. Oglądajcie, komentujcie, inspirujcie.

1 komentarz: